2019  2018  2017  2016  2015  2014  2013  2012  2011  2010  2009  2008  2007  2006  2005  2004  2003  2002  2001  2000  1999  1998  1997  1996  1995  1994  1993  1992  1991  1990  1989  1988  1987  1986

Rok 2019 - XXXIII sezon artystyczny

Profesor Jerzy Bralczyk


Profesor Jerzy Bralczyk i Michał Ogórek
 - satyryk,
w spotkaniu pt. „Słowa i wyrazy.”

6 kwietnia 2019

 

Jerzy Bralczyk
Fotografia: Adam Mikołajczyk

--> Strona internetowa Prof. Jerzego Bralczyka

 

i Michał Ogórek

 

 

 

 

Michał Ogórek
Fotografia: Archiwum prywatne

--> Michał Ogórek na Wikipedii

Dorota Miśkiewicz i Marek Napiórkowski

 
Koncert
Doroty Miśkiewicz i Marka Napiórkowskiego.

Dorota Miśkiewicz - jedna z najważniejszych wokalistek łączących jazz z piosenką.

Marek Napiórkowski - czołowy polski gitarzysta i kompozytor, zwany czarodziejem sześciu strun.

15 czerwca 2019
 

 

Dorota Miśkiewicz
Fotografia: Honorata Karapuda

--> Strona internetowa Doroty Miśkiewicz

 

 

Marek Napiórkowski
Fotografia: Rafał Masłow

--> Strona internetowa Marka Napiórkowskiego

 

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą.

 

Dialog indywidualności – koncert Doroty Miśkiewicz i Marka Napiórkowskiego

 

Ze słowami tak jest, że wypowiedziane nie milkną, wyśpiewane przechodzą z osoby na osobę, od każdej coś biorąc i każdej coś zostawiając. Dlatego też, choć na scenie Klubu Miłośników Żywego Słowa pojawiła się fizycznie tylko dwójka artystów, to było ich tam w czerwcowe popołudnie dużo więcej. Koncert Doroty Miśkiewicz i Marka Napiórkowskiego to spotkanie z samymi wykonawcami oraz takimi mistrzami jak: Komeda, Osiecka, Młynarski, Wasowski, a nawet… hrabia Fredro.

Dorota Miśkiewicz to wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów, a nawet, jak członkowie Klubu mogli zobaczyć na żywo, jednoosobowa sekcja perkusyjna. Wychowana w muzycznej rodzinie znalazła swoje miejsce na jazzowej scenie. Dwie z jej płyt pokryte są złotem. W polskim środowisku muzycznym trudno znaleźć jazzmanów, z którymi nie występowała. Był to i Jan „Ptaszyn” Wróblewski, i Włodzimierz Nahorny, Ewa Bem, Urszula Dudziak, Henryk Miśkiewicz – zbieżność nazwisk nieprzypadkowa – ale również światowe legendy, jak Cesaria Evora czy Bobby McFerrin. Najczęściej jednak pojawia się w towarzystwie Marka Napiórkowskiego, gitarzysty, kompozytora, wykładowcy Uniwersytetu Muzycznego. Napiórkowski jest nieprzerwanie nagradzany tytułem „najlepszego jazzowego gitarzysty roku” przez magazyn „Jazz Forum”. Jedenastokrotnie nominowany i wreszcie nagrodzony w tym roku Fryderykiem. Twórca ośmiu płyt autorskich i gość na niezliczonej ilości nagrań m.in. z Wandą Warską, Krystyną Prońko, Anną Marią Jopek, Krzysztofem Herdzinem, Krzysztofem Ścierańskim, a nawet, z patronującym Klubowi, Wojciechem Młynarskim. Na scenie grał m.in. z Marcusem Millerem, Patem Methenym, Richardem Boną czy Angélique Kidjo. Od kilku lat wykłada na warszawskim Uniwersytecie Muzycznym, co, jak sam mówi, bardzo lubi.

Zamykając w klamrze czerwcowy koncert można powiedzieć, że zaczęło się na Suwalszczyźnie, a skończyło na szwajcarskim stoku. „Suwalskie bolero”, które rozpoczęło koncert, było jeszcze wzajemnym poznawaniem się artystów i publiczności, ale już słychać było, że wyśpiewane jeziora długo zamarznięte nie pozostaną. Zrobiło się lirycznie, klubowo, ciepło. Klimat ten wzmocniła jeszcze kolejna piosenka „Lubię być szczęśliwa” z muzyką Jerzego Wasowskiego i słowami Antoniego Marianowicza. Nic więc dziwnego, że już w kolejnym utworze Dorota zaprosiła do współpracy widownię. Dorota nuciła, my gwizdaliśmy, Marek grał, Michał Rusinek* pisał, a piosenka skończyła się wspólną improwizacją.

A potem na scenę wszedł… Wojciech Młynarski. Wszedł w swoim stylu, po prostu genialnie. Słowa „Samby z kalendarza” napisał do muzyki skomponowanej przez duet Miśkiewicz, Napiórkowski. Przy latynoskich dźwiękach Dorota przeprowadzała nas przez koleje miłości. W jej głosie była radość, było szczęście, był dramat rozstania, była tęsknota, a pozostało jakże piękne wspomnienie. Po Młynarskim pojawił się Krzysztof Komeda, muzyka, i Agnieszka Osiecka, słowa – „Ja nie chcę spać” z przedstawienia „Śniadanie u Tiffany’ego”. Parafrazując słowa piosenki – czy „czegoś więcej nam potrzeba”?

Definiując jazz można by powiedzieć, że jest to przestrzeń, w której indywidualizm każdego z muzyków jest siłą całej grupy. Mogliśmy to usłyszeć w kolejnych utworach, w których Dorota wycofała się, oddając front Markowi. Najpierw kompozycja Marka do słów przywoływanego już Michała Rusinka „Budzić się i zasypiać (z tobą)” rytmicznie i z humorem rozpoczęta przez Dorotę zakończyła się cudowną improwizacją Mistrza! gitary. Dostaliśmy wszystko co w jazzie najlepsze, dialog artystów, pokaz umiejętności, wzajemne słuchanie i efektowne rozwinięcie tematu przewodniego. Nic dziwnego, że po ostatnim dźwięku, ktoś z publiczności kierowany emocjami krzyknął „bis!”. I był bis solowy do kompozycji Eddiego Harrisa. Doskonała technika gitarowa Marka, jego wyobraźnia i doświadczenie złożyły się na improwizację przemyślaną i wyrafinowaną. Gdyby koncert skończył się w tym momencie, już byłby wart zapamiętania, ale Dorota jako samodzielna sekcja wokalno-rytmiczna już szykowała się do brawurowej papkinady. Utwór powstał z okazji 90. urodzin Andrzeja Wajdy i był interpretacją piosenki „Oj, kot”, którą w ekranizacji „Zemsty” wykonał grający Papkina Roman Polański. O ile wykonanie Polańskiego można by zakwalifikować do gatunku mazurka, to wersja Doroty zdecydowanie była oberkiem. Ale i to nie wszystko. Artystka w swojej śmiałości sięgnęła do każdego gatunku muzycznego, z którym na scenie się spotkała. Była i Afryka, i głos biały, i scat, i zabawa słowami. Gdyby Fredro był tak czytany w szkole…

Od Fredry przeszliśmy do klasyki jazzu – „You stepped out of a dream”. Początkowo muzycy musieli poszukać wspólnego rytmu, ale kiedy już się odnaleźli, zostaliśmy wpuszczeni do bardzo intymnego świata dwojga ludzi. Wątki autobiograficzne i odrobina prywaty pary artystów pojawiły się w ostatnich utworach koncertu, również w bisie, w którym Marek zaśpiewał prawie jak Wojciech Waglewski. A że „prawie” nie wystarczyło, została zaangażowana publiczność, która, podzielona przez Dorotę na chórki, dostała świeżo stworzony tekst i wypuszczona została na alpejski stok.

W sobotnie popołudnie słuchaliśmy doskonałego duetu muzycznego. Dwójkę bardzo dobrych i świetnie się rozumiejących artystów, których umiejętności wzajemnie się uzupełniały i inspirowały. Harmonia, dialog, obustronna fascynacja na scenie i w życiu prywatnym, do którego artyści pozwolili nam zajrzeć, pozostawią ciepłe wspomnienia ze spotkania.

Marzena Mikosz
Brugg, 15 czerwca 2019 r.

*Michał Rusinek – autor słów piosenki „Nucę, gwiżdżę sobie” i wielu innych w repertuarze Miśkiewicz&Napiórkowski.

 

 

Fotografia: Kamil Jellonek
Po koncercie: Marek Napiórkowski, Barabara Ahrens-Młynarska i Dorota Miśkiewicz

Hanna Banaszak


 
Jubileusz X- lecia patronatu finansowego
firmy AMCOR – Łódź – Polska.

Hanna Banaszak – Recital z zespołem muzyków.

Instrumenty perkusyjne: Mateusz Brzostowski
Pianista: Jacek Szwaj
Perkusista: Krzysztof Przybyłowicz
Kontrabasista: Zbigniew Wrombel

14 września 2019


 

Hanna Banaszak
Fotografia: Agata Preyss

--> Strona internetowa Hanny Banaszak
 


Projekt współfinansowany w ramach
sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej
nad Polonią i Polakami za granicą.

z zespołem muzyków

 

Czy kultura się liczy?

To pytanie od wielu dekad zadają sobie ekonomiści. Liczą wskaźniki, układają niczym Rzecki tabele „długie jak Krakowskie Przedmieście” w excelu, sumują koszty, podliczają zyski. I kiedy już są prawie pewni, że nie, to „zwrot z inwestycji” ukazuje się w zupełnie nieoczekiwanym miejscu, rozwoju sektorów kreatywnych, zarządzaniu personelem, wspomaganiu promocji regionów (Barcelona = Gaudi), dbaniu o estetykę własnego otoczenia itd.
Kiedy więc 10 lat temu Pani Kierowniczka Klubu Miłośników Żywego Słowa, Barbara Ahrens-Młynarska, powiedziała, że Klub musi zakończyć działalność, pojawił się On. Niczym wagnerowski Lohengrin na ratunek Elzie lub bardziej popularny Bruce Willis ratujący cały świat, wstał i powiedział „nie”. Jedno słowo, które do dzisiaj odbija się echem z każdym kolejnym koncertem, spektaklem, spotkaniem z kulturą polską w Brugg. Jerzy Czubak prezes firmy Amcor, obecnie mecenas i przyjaciel Klubu, wsparł działalność finansowo i pozwolił, aby szwajcarska Polonia miała szanse na spotkania ze słowem i muzyką w najlepszym wykonaniu. Jak mówił w swoim przemówieniu: „W historii sceny w Brugg kryje się pasja, 33 lata ciężkiej pracy, ponad 170 przedstawień teatralnych i spotkań z przedstawicielami kultury. Jest to tak nieprawdopodobnie bogaty bagaż tworzony w najwyższej klasie artystycznej. To jest działalność, której nie spotkałem nigdzie na świecie”.
Łódzki oddział Amcor słynie ze swojej aktywności na rzecz lokalnej kultury. Oprócz Galerii sztuki firma wspiera wydarzenia organizowane na terenie miasta: Festiwal im. Artura Rubinsteina, Oscary Jazzowe czy Międzynarodowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych. Dyrektor Barbara Kalwasińska, która obecnie zarządza filią w prywatnej rozmowie przyznała, jak ważne jest, że jej firma postrzegana jest przez pryzmat sztuki, i że ma to znaczenie chociażby w pozyskiwaniu pracowników.

Dekada współpracy Klubu z tak kulturalnym partnerem była okazją do świętowania w Brugg 14 września. A czy można piękniej niż z Hanną Banaszak i jej zespołem?
Mogę napisać, że koncert wart był jubileuszu. Jako słuchacze mogliśmy podziwiać warsztat muzyków. Głos wokalistki, czysty, mocny, idealny od pierwszego dźwięku improwizacji do ostatniej nuty „Summertime” był tym, czego wszyscy się spodziewaliśmy, artyzmem na najwyższym poziomie. To samo można powiedzieć o każdym z towarzyszących artystce instrumentalistów. Prawdopodobnie każdy z nich mógłby dać ciekawy solowy koncert. Znany Hannie Banaszak od dekad, grający na perkusji, Krzysztof Przybyłowicz i będący w zastępstwie, grający na bębnach etnicznych, Mateusz Brzostowski tworzyli interesującą sekcję rytmiczną. Wzajemne słuchanie się muzyków, uzupełnianie, wykorzystanie prawie całego arsenału perkusyjnego nadawało sambie ognistego charakteru, tangu – temperamentu. Podobnie jak gra jednego z najlepszych jazzowych kontrabasistów Zbigniewa Wrombla. Na szczególną uwagę zasługuje Jacek Szwaj, który poza bardzo dobrym warsztatem pianistycznym zaprezentował się również jako wokalista. Szczególnie w piosence „Życie na różowo” dedykowanej Basi Młynarskiej i jej mężowi. Umiejętności wszystkich artystów, bardzo duże wzajemne zaufanie dało nam wyjątkowy koncert, bo aranżacje i interpretacje miały swoją premierę w Brugg i prawdopodobnie nigdzie już powtórzone nie zostaną, jak np. niezwykłe wykonanie „Kołysanki Rosemary” Krzysztofa Komedy.
Gdybym pozostała tylko w warstwie artyzmu, byłby to to bardzo powierzchowny opis koncertu. Pod dźwiękami kryła się treść i to często niełatwa. Hanna Banaszak mogła, niczym żongler, ułożyć program rozrywkowy: śmieszny, zabawny, okraszony balonikami wzbijającymi się w niebo. Ale nie, świadoma swojego głosu i jego zasięgu sięgała po słowa, zwroty, skojarzenia, które niczym kamyki uderzały w nasze, a na pewno moje, sumienie. Pomiędzy miłością, przyjaźnią artystka mówiła o nienawiści, obojętności, złości, przerzucaniu odpowiedzialności. W interludiach recitalu głos zabierali Szymborska, Barańczak, Różewicz zwracając uwagę na dominujący w sferze publicznej ton narracji. Podobnie jak Victor Klemperer piszący „Słowa mogą być jak maleńkie dawki jadu: połyka się je niepostrzeżenie, wydają się nie mieć żadnego skutku, a jednak po pewnym czasie następuje działanie trujące”, tak Banaszak pozostawiła nas z zadumą nad słowem i jego odcieniem. Zanim jednak uderzymy w polityków, dziennikarzy, warto wrócić do wykonanego podczas koncertu wiersza Josifa Brodskiego „Piosenka o Bośni”.
Półtoragodzinny koncert dał coś więcej niż miłe sobotnie popołudnie. A zatem wróćmy, Drodzy Państwo do początku tego tekstu, czy kultura się liczy?

Marzena Mikosz

 
Na scenie w Bruggu H. Banaszak i J. Czubak
 

Fotografia: Kamil Jellonek. Obróbka zdjęcia: Ewa Metelska
Hanna Banaszak i Jerzy Czubak

 

Alicja Albrecht

 

Projekcja filmu autorstwa Alicji Albrecht
pt. „Młynarski - Piosenka Finałowa”.

Najlepszy film dokumentalny - ORŁY 2018.

Po projekcji, rozmowę z autorką scenariusza i reżyserem filmu - Alicją Albrecht,
poprowadził Jerzy Sosnowski.

19 października 2019


 

Alicja Albrecht
Fotografia: Janina Nasierowska

--> Alicja Albrecht na facebooku
 


 


 

Jerzy Sosnowski
Fotografia: z archiwum Barbary Ahrens-Młynarskiej

--> Blog Jerzego Sosnowskiego

„Młynarski. Piosenka finałowa”

 

MŁYNARSKI NIE SCHODZI ZE SCENY

Talent może być czasem przebaczony, geniusz nigdy – napisał kiedyś George Gordon Byron.

Zdanie to kołatało mi się po głowie podczas oglądania filmu „Młynarski. Piosenka finałowa” w reżyserii Alicji Albrecht, który mieliśmy okazję obejrzeć w Klubie Miłośników Żywego Słowa w sobotę 19 października. My, Klubowicze oraz krewni i znajomi królika, jesteśmy szczęściarzami. Dzięki Barbarze Młynarskiej Wojciech Młynarski wydaje się nam kimś bliskim. Kimś zawsze obecnym. Czy to w interpretacji Piotra Machalicy, czy, jak w minioną sobotę, na ekranie, czy w barwnych, przepełnionych emocjami, wspomnieniach siostry.

Tym razem klubowa scena Odeon w Brugg zmieniła się w kino. Pierwsze ujęcie filmu: stopy w wielkich płetwach. Młody Wojciech Młynarski. Przystojny. Pełen energii. Z tym swoim szelmowskim uśmiechem. Cięcie. Starszy pan, mówi powoli, z trudem jakby słowa musiał na nowo wynajdywać z zakamarków pamięci. To zestawienie: młodości i starości, zdrowia i choroby, energii i zmęczenia stanowi osnowę filmu Alicji Albrecht. Życie i twórczość Wojciecha Młynarskiego mogłoby posłużyć za kanwę nie jednego filmu, ale wieloodcinkowego serialu. Dlatego Alicji Albrecht należą się duże brawa za umiejętność stworzenia skondensowanego i spójnego obrazu Artysty w niewiele ponad godzinnym dokumencie. Widzimy w filmie plejadę artystek i artystów, przyjaciół, znajomych, współpracowników Wojciecha Młynarskiego, mamy zabawny i nostalgiczny obraz peerelowskiej Polski, mamy przegląd jego największych przebojów. Mamy obraz człowieka widziany jak w kalejdoskopie, z różnych punktów. Jednak sukces tego filmu polega na tym, że Autorka sięga głębiej. Film „Młynarski. Piosenka finałowa” mimo, że wielokrotnie wywoływał śmiechy na widowni, pozostawia gorzki posmak i wywołuje głębokie emocje. Bowiem jak powiedział Byron „talent może być czasem przebaczony, geniusz nigdy”. Życie Wojciecha Młynarskiego jest tego wybitnym przykładem.

Alicja Albrecht, w rozmowie po filmie, powiedziała że chciała zrobić film o genialnym człowieku ze skazą. O cenie, jaką geniusz musi wypłacić się za swój dar. I świetnie jej się to udało. Przekracza tabu, ale nie narusza godności swojego bohatera. Zrobiła film odważny, ale z delikatnością i elegancją. Nieprzypadkowo dokument „Młynarski. Piosenka finałowa” był nominowany do Nagrody Orły 2018 w kategorii najlepszy film dokumentalny, otrzymał m.in. Nagrodę Specjalną Jury na Festiwalu Filmu Polskiego w Chicago (2017), jako jeden z nielicznych filmów dokumentalnych był wyświetlany w największych kinach w Polsce.

Po projekcji Jerzy Sosnowski, pisarz, przyjaciel, współautor książki o Barbarze Młynarskiej „Życie nie tylko snem”, poprowadził rozmowę z reżyserką filmu. Alicja Albrecht jest autorką kilkunastu filmów dokumentalnych, reportaży, programów publicystycznych oraz widowisk radiowych i telewizyjnych, ale również inteligentną i uroczą rozmówczynią. Opowiedziała nam m.in. o kulisach powstawania filmu, o mrówczej pracy przedzierania się przez materiały archiwalne, o tym, że ma aż 28 godzin nagrań nie wykorzystanych w filmie. Niektórym osobom na widowni zaświeciły się oczy na myśl o maratonie filmowym z Wojciechem Młynarskim w roli głównej. Na szczęście dowiedzieliśmy się, że Alicja Albrecht pracuje obecnie nad książką na podstawie tych materiałów, spisuje wypowiedzi i rozmowy, komponuje z nich książkę o Mistrzu, a jeden z rozdziałów zamierza poświęcić Barbarze Młynarskiej.

W relacjonowaniu tego wieczoru nie można bowiem pominąć jednej, kluczowej postaci - Barbary Młynarskiej właśnie. Skoro ja kilkakrotnie w czasie projekcji sięgałam po chusteczkę, żeby wytrzeć łzy i rozmazany na policzkach tusz to jak wielkie emocje musi wzbudzać ten film w osobie najbliższej?

A skąd masz pewność, że ludzie genialni, którym wierzy cały świat, nie widzieli zjaw? Przecież dzisiaj uczeni twierdzą, że geniusz jest spokrewniony z szaleństwem (Mikołaj Gogol).

Wojciech Młynarski zostawił nam około 3500 tysiąca tekstów piosenek. Był kronikarzem swojej epoki, autorem wzruszających piosenek o miłości, tzw. śpiewanych felietonów, wielkich przebojów, tekstów, które wciąż wykazują niespożytą aktualność, zwrotów, które weszły na stałe do języka polskiego…. Dał nam swój geniusz, demony zostały przy nim.

Joanna Olczak

Jerzy Sosnowski, Barbara Ahrens-Młynarska, Alicja Albrecht

 

Fotografie: Kamil Jellonek. Obróbka zdjęć: Ewa Metelska
 
Kliknij, by powiększyć

 

Piotr Machalica

 

Piotr Machalica – recital pt. „Kofta”
przy fortepianie: Kompozytor i pianista Wojciech Borkowski

23 listopada 2019
 


 

Piotr Machalica
Fotografia: Fotografia: Jacek Poremba

--> Strona internetowa Piotra Machalicy
 

Borkowski przy fortepianie
 

Wojciech Borkowski
Fotografia: Wiesław Czerniawski

Pamiętajmy o poetach

 

To nie listopadowa aura nadała temu sobotniemu popołudniu wieczorowy nastrój. W magicznej przestrzeni Teatru Odeon przygasły światła i w gronie przyjaciół Barbary Młynarskiej przenieśliśmy się do zadymionych wnętrz SPATIFu z lat 60. i 70. Ale tylko na chwilę. Do momentu, kiedy na scenę wyszli oni. Spod palców Wojciecha Borkowskiego popłynęły pierwsze dźwięki muzyki, a Piotr Machalica swoim ciepłym, głębokim głosem przypomniał nam, że słuchając utworów Jonasza Kofty, tak naprawdę słuchamy o sobie i naszym świecie dzisiaj. Bo tu przecież co zdanie, to prawda. Kiedy po gromkich brawach publiczności na pierwszy bis (a było ich aż trzy) wybrzmiał flagowy przebój "Pamiętajcie o ogrodach", wiedzieliśmy już, że nic się nie zmieniło i nadal "tak trudno być poetą". Dlatego o poetach zapominać nam nie wolno.

 


 

Fotografia: Kamil Jellonek. Obróbka zdjęcia: Ewa Metelska

Rozmowa z Piotrem Machalicą

Niektóre teksty znamy na pamięć, często nawet nie zdając sobie sprawy, że są jego. Czy swoim recitalem chce Pan przypomnieć nam o Jonaszu Kofcie?

Nie chcę nazywać tego recitalem ani koncertem. To jest wieczór poświęcony Jonaszowi Kofcie, a właściwie mój bardzo osobisty hołd złożony jego twórczości. Bo dzisiaj nikt już tak nie pisze. On był i jest jednym z tych wielkich i wspaniałych, jak Jeremi Przybora, Agnieszka Osiecka czy Wojciech Młynarski. Jednak zbyt szybko się z nami pożegnał i sobie powędrował. Naszym zadaniem jest o nim przypominać.

Pamiętam dokładnie, kiedy odchodził Kabaret Starszych Panów, na którym ja się wychowałem. To był 1989 rok i Magda Umer wymyśliła, że podczas Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu zrobi koncert pt. „Zimy żal”, z udziałem już bardzo wówczas wiekowego Jeremiego Przybory. Trudno nas wtedy było wszystkich zebrać, bo każdy był z innej bajki, miał swoje różne zajęcia, ale jakoś się udało. I od momentu, kiedy daliśmy ten koncert, nagle młodzi ludzie uczący się w szkołach teatralnych zaczęli sięgać po repertuar Przybory. Twórczość Jeremiego i Jerzego (Wasowskiego - red.) zaczęła się dla nich stawać tym, czym była dla mnie, kiedy byłem w ich wieku. Czymś niezwykle wartościowym i mądrym, bo opowiadającym o rzeczach fundamentalnych, o których na co dzień czasem wcale nie myślimy.

Do tych artystów - Przybory, Osieckiej, Młynarskiego, Kofty - trzeba wracać. To byłaby zbrodnia, gdybyśmy o nich zapomnieli.

Jak to się stało, że Jonasz Kofta jest wśród tych wielkich autorów chyba najsłabiej kojarzonym?

Choć każdy z wymienionych zostawił po sobie całą masę utworów, to Jonasz był w pewnym sensie najczystszy. Nie dbał o to, że jego piosenki, jak choćby "Do łezki łezka" są mylone z twórczością Agnieszki Osieckiej. Podobnie było z muzyką. Wojtek (Młynarski - red.) zawsze bardzo starannie dobierał sobie kompozytorów, którzy pisali muzykę do jego tekstów. Jonaszowi było wszystko jedno. Skutek jest taki, że kiedy dzisiaj biorę niektóre jego teksty, to one są świetne, ale muzyka kompletnie mi się nie zgadza. Na szczęście jest też wiele wspaniałych kompozycji, jak choćby Włodzimierza Nahornego. Pamiętajmy, że to były zupełnie inne czasy. Jeśli samemu się w jakiś sposób nie zadbało o swoją twórczość, to nikt inny tego nie zrobił.

Na scenie Teatru Odeon oprócz lirycznych utworów "Jej portret" czy "Popołudnie" usłyszeliśmy także mistrzowsko zawoalowane i ironiczne "W moim domu" i "Epitafium dla frajera". Jak z ogromu utworów udało się Panu zbudować repertuar?

Przygotowując się do programu z utworami Jonasza Kofty spotkałem się z jego żoną, Jagą. I ona mnie zapytała, „to co wybrałeś”? Przyznałem, że trudno mi było stworzyć z tej niezwykle różnorodnej twórczości jakąś całość. Ale przypomniałem sobie, jak przysłuchiwałem się jako młody chłopak jego rozmowom z Witoldem Majem w bibliotece Teatru Narodowego w Warszawie. Pamiętam też moment, kiedy dowiedziałem się o jego śmierci. Strasznie mnie wtedy zabolało, że tak szybko odszedł ktoś, kto był dla mnie niesamowicie ważny. Dlatego postanowiłem opowiedzieć na scenie o moim stosunku do Jonasza, o moim z nim spotkaniu i moim życiu z jego poezją.

Wspomniał Pan o tym, że Kofta jest mylony z innymi. Tymczasem piosenka "Jakoś leci", która jest hasłem całego wieczoru, nie jest jego autorstwa.

Przyznam, że sam wpadłem w tę pułapkę. Chyba za bardzo nasłuchałem się Jonasza, który przecież wykonywał ten utwór. Pomyłkę uświadomił nam - mnie i Wojtkowi Borkowskiemu, fantastycznemu pianiście i mojemu akompaniatorowi, Artur Andrus. Przypomniał, że jest to piosenka Jacka Janczarskiego. Postanowiłem jednak nie zmieniać tytułu, ponieważ wykonanie tego tekstu przez Jonasza jest tak fenomenalne, że Jacek na pewno by nie miał nic przeciwko temu.

Wiemy już, że Machalica składa hołd Kofcie. A co Kofta daje Machalicy?

Mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że przez to, że całe życie słuchałem Jonasza, Agnieszki, Młynarza, jestem takim człowiekiem, jakim jestem. Nie mówię, że dobrym, czy złym. Po prostu takim i już. Ja się obracam wciąż w kręgu tych samych autorów, ponieważ ich teksty są kopalnią myśli. Jeśli tych myśli słuchamy i je rozumiemy, to nie potrzeba już niczego więcej. Zwłaszcza, że one się nie deaktualizują.

"W żar epoki użyczą wam chłodu tylko drzewa, tylko liście". Czy śpiewając teksty z lat 60. ubiegłego wieku czuje Pan, że interpretuje dzisiejszą rzeczywistość?

Utwór ten świadczy o tym, że człowiek nie mądrzeje. Nam wciąż się wydaje, że jesteśmy pępkiem świata. Kiedy patrzę na zdjęcia mórz i oceanów zasianych plastikiem, kiedy czytam, jak przewozimy śmieci z Europy do Chin... To jak niszczymy naturę jest niewobrażalne. W utworze "Pamiętajcie o ogrodach" każda strofa mnie wzbogaca i powoduje, że zyskuję zupełnie inną optykę na to, co się wokół mnie dzieje. Musimy walczyć o naszą Ziemię, tę kuleńkę. Bo czym innym jak nie kuleńką jesteśmy w kosmosie? "Pamiętajcie o ogrodach, przecież stamtąd przyszliście". I nie ma w tym żadnej egzaltacji z mojej strony, kiedy powiem: tak jest! Dlaczego o tym nie pamiętamy?

Wciąż poruszamy się wokół tematu pamięci. Czy poezja może być dzisiaj dla nas czymś, co przypomina o rzeczach najważniejszych?

Poezja, podobnie jak muzyka, literatura, film. Jest tylko jeden problem. Wisława Szymborska powiedziała taką rzecz i na tym proszę poprzestańmy. "Poezja nie uratuje świata, bo ci, co czynią zło, nie czytają wierszy". Ale staramy się, jak możemy, wciąż wychodząc na scenę.

***

Rozmawiała Agnieszka Kamińska