Archiwum

 2017  2016  2015  2014  2013  2012  2011  2010  2009  2008  2007  2006  2005  2004  2003  2002  2001  2000  1999  1998  1997  1996  1995  1994  1993  1992  1991  1990  1989  1988  1987  1986

Rok 2017 - XXXI sezon artystyczny

Wojciech Młynarski

W_Mlynarski_2017

24.3.2017, Teatr Ateneum, autor fotografii: Jerzy Czubak

Jan Englert, Beata Ścibakówna


Jan Englert, Beata Ścibakówna – „Kwiaty Polskie.”

Poemat Juliana Tuwima.

Oprawa muzyczna: Bogdan Hołownia.

23 września 2017

 
englert_scibakowna_s

Beata Ścibakówna na Wikipedii
Jan Englert na Wikipedii

Izabela Burger:
Jesienne Kwiaty polskie

Mimozami jesień się zaczyna, złotawa, krucha i miła... - pisał Tuwim. A w Brugg jesień nam się rozpoczęła Tuwimem – i Kwiatami polskimi. Na scenie wybitni aktorzy Teatru Narodowego: Jan Englert, Beata Ścibakówna – i wielki bukiet kwiatów. - Przed nami słowa mieniące się wszystkimi barwami ojczyzny-polszczyzny - powiedziała Barbara Młynarska zapowiadając spektakl. Słowa wybitnego polskiego poety, mistrzowsko interpretowane przez wielką aktorską parę – o bukietach z kunsztem, ładem, z przewodnią myślą i układem

Kwiaty polskie Juliana Tuwima to poemat o tak różnorodnej tematyce, jak różnorodne są kwiaty wplecione w bukiet wiejskiego ogrodnika. Rezedy, róże, bzy, jaśminy, mięta... Jan Lechoń wspomina, że jesienią 1940 roku, tuż po jego wieczorze poetyckim, Tuwim, który cierpiał wtedy na niemoc twórczą, zamknął się nagle w pokoju i napisał kilkaset wersów nowego poematu. Potem przestał wychodzić z domu, nieogolony, w piżamie leżał na łóżku i pisał. Nigdy Kwiatów polskich nie ukończył, pisał je przez 13 lat, w Brazylii, Stanach Zjednoczonych i w Polsce, miał na nie wciąż mnóstwo nowych pomysłów. Dla jednych szczytowy przejaw talentu Tuwima, dla innych wyraz miotania się po politycznych i literackich bezdrożach. “Obłędne i niemądre w zamyśle fabularnym, przepiękne w dygresjach” – ocenił Słonimski. Fabuła jest prosta: wiejski ogrodnik, Ignacy Dziewierski, wychowuje samotnie wnuczkę Anielę. Jej ojciec, carski oficer Iłganow, zginął podczas tłumienia protestu proletariatu w Łodzi w 1905 roku; jej matka Zofia, córka ogrodnika, umarła przy porodzie. Dziadek przygarnia sierotę, starając się nie pamiętać, że to córka znienawidzonego Moskala. Jednak dużo ważniejsze niż historia ogrodnika są podróże sentymentalne wplecione w poemat. Dla Tuwima Kwiaty polskie były wyrazem jego tęsknoty za tą Polską, której już nie ma, która skończyła się tak, jak świat szlachecki w Panu Tadeuszu. Trzeba było dopiero wojny i emigracji, żeby “tę nieznośną ostatnio, ale poza tem najukochańszą Polskę choćby poezją odbudować” – pisał Tuwim w liście do siostry. 

Jana Englerta nie trzeba nikomu przedstawiać. Mistrz kilku pokoleń aktorów i ulubieniec kilku pokoleń widzów płci obojga; charyzmatyczny aktor teatralny i filmowy, reżyser, wykładowca w Akademii Teatralnej, dyrektor Teatru Narodowego w Warszawie. Przyznać muszę ze skruchą, że o Beacie Ścibakównie myślałam do tej pory jako o żonie Jana Englerta i oczekiwałam na scenie Pigmaliona i jego Galatei, mistrza i uczennicy. Spektakl pokazał, jak bardzo się myliłam – Beata Ścibakówna jest niezwykle utalentowaną aktorką i wielką osobowością sceniczną (a tak najzupełniej po babsku, zazdrośnie, muszę jeszcze powiedzieć, że jest na dodatek prześliczna, urocza, promienna i – jak panna Aniela - giętka i wysokonoga). Nie było Pigmaliona i Galatei – był duet najwyższej klasy aktorów. Jan Englert chętnie wraca w teatrze do znanych tekstów. Przedstawienie było dla mnie dużym zaskoczeniem - że można zamknąć długi (ponad 8 tysięcy wersów) poemat w ponadgodzinnym spektaklu, nie demolując przy tym tekstu źródłowego. Nie było sfabularyzowanej, chronologicznej opowieści o Dziewierskim. Z zupełnie niescenicznego poematu powstał świetnie wyreżyserowany liryczny spektakl dygresyjny. Podróż sentymentalna, a po drodze małe stacyjki, malowane kolorem i zapachem polskich pejzaży, rozdzielane przepiękną muzyką w wykonaniu poety fortepianu, Bogdana Hołowni. Jak w knajpkach przedwojennej Warszawy rozbrzmiewały na scenie ówczesne szlagiery – Już nie zapomnisz mnie, Jesienne róże, Ostatnia niedziela, Już taki jestem, zimny drań, Pieść o matce…. Po każdym z nich zmiana nastroju – kolejny obrazek, kolejna stacyjka, przesiadka - i znowu inna melodia, inna trasa, kolejna dygresja. (A skoro mowa o dygresjach: już wiem, czego brakowało mi w wierszach Skamandrytów deklamowanych w Odeonie przez Teresę Budzisz-Krzyżanowską i Krzysztofa Wakulińskiego – takich właśnie dyskretnych przerywników muzycznych, które dopowiadają tam, gdzie słowo przestaje wystarczać.)

Na scenie zwyczajnych ludzi zwykłe dzieje. Oto prosty wiejski ogrodnik, Ignacy Dziewierski, i jego sztuka składania bukietów:

Bukiety wiejskie, jak wiadomo,
wiązane były wzwyż i stromo.
W barwach podobne do ołtarza
Kształt serca miały lub wachlarza
Albo palety.

Róże, rezedy, bzy i piwonie opisywane w poemacie to tylko pretekst do podróży w krainę dzieciństwa. Za sztachetami gęstych jambów ukrywa się w Kwiatach polskich wszystko, co dla Tuwima stanowiło apoteozę kraju utraconego. Na kwiatach z ogrodu zbudowana jest cała sieć skojarzeń. Są w poemacie wspomnienia z dzieciństwa w dymiącej kominami Łodzi, dygresje o ojcu spisującym w księgach fortuny panów fabrykantów, zadowolonych posiadaczy pałaców, banków i brylantów. Pojawiają się opowieści o beztroskich zabawach w Inowłodzu, dokąd Tuwimowie jeździli na letnisko, o Tomaszowie i miłości do Stefy (późniejszej pani Tuwimowej). Opowieść ogrodnika o kwiatach przechodzi w historię o krwawym tłumieniu rewolucji 1905 roku. Przesiadka, kolejna stacja. Warszawski taksówkarz, który wiezie śmietankie towarzyskie bez Pułaskie na majówkie. Błysk - dygresja - przesiadka. Młoda ciężarna wdowa w kondukcie pogrzebowym swojego męża, potem pląsająca boso zalotna dziewczyna z letniska, a chwilę później Aniela modląca się na grobie matki. Przesiadka. Pierwsza msza święta w wolnej już Polsce, wzruszony ogrodnik i dziewczynka przezywana Moskiewką. Poważnie, smutno, refleksyjnie, prześmiewczo – na każdej stacji inaczej. XIX-wieczna Łódź i szalona przedwojenna Warszawa. Aniela, Ignacy, Piłsudski i Wieniawa. Barwny kalejdoskop miejsc, ludzi i zdarzeń. W Inowłodzu wiruje walc, a w Łodzi ulice spływają krwią pomordowanych. Dziewczyny z warkoczami i dyngus na Piotrkowskiej, a zaraz potem tragiczny Wrzesień i upadek stolicy. Co jeszcze? – czytaj, kto ciekawy

Można opisać kwiaty, odmalować je po mistrzowsku, oddać słowem ich kształt, kolor i urok. Ale ich zapachu opisać się nie da. Jak pachnie róża? Jak pachną niezapominajki, rezedy, bzy w Ogrodzie Saskim?

A pachnie – właśnie? Jak opiszę
Woń, którą kwiat swobodnie dysze? (...)
Jakim wyrazić mam imieniem
Woń miękkiej mięty nad strumieniem? (…)
Ile słów trzeba i łamańców?
Metafor i porównań łańcuch! (…)
- I nic. A przytknąć kwiat do nosa,
Powąchać raz – i wie się wszystko.

Podobnie było ze spektaklem w Brugg. Można opowiedzieć, co się działo, zacytować fragmenty poematu, przywołać piosenki, zachwycić się warsztatem aktorskim. Ale nie da się zawrzeć w czarnych krzaczkach liter magii przedstawienia – podobnie jak nie da się opisać zapachu. Trzeba przytknąć nie tylko nos, ale też oko i ucho – i wie się wszystko...

Jan i Beata Englertowie, do spółki z Tuwimem, oczarowali mnie swym spektaklem. Tuwim zwykł mawiać o sobie, że jest rzemieślnikiem słowa. Jan Englert powtarzał w wywiadach wielokrotnie, że aktorstwo to zawód, nie misja ani posłannictwo, i że liczy się nie tylko talent i artyzm, ale przede wszystkim rzemieślniczy warsztat, na którym obrabia się słowo, gest, ruch. W Kwiatach polskich pięknie splotła się sztuka z rzemiosłem – tak poety, jak i aktorów. Usłyszeliśmy doskonale wybrane fragmenty poematu, przedstawione w mistrzowski sposób, z dbałością o każdy najmniejszy szczegół. Każda dygresja to popis scenicznego kunsztu. Wielkie wrażenie zrobił na mnie ekspresyjny, rozbuchany walc Grande Valse Brillante, gniewny i roznamiętniony jak tango, opowiadający całą historię od tańca do tragedii, od miłości do zbrodni. Zapadłam się w fotel, zasłuchałam, zaczarowałam, zaniemówiłam. Zapachniałam się słowem i muzyką, w tym samym przemodleniu i przeomdleniu, o którym pisał Tuwim. Zupełnie nie byłam jeszcze gotowa na światła, na oklaski, utknęłam gdzieś na którejś ze stacyjek. Zasiedziałabym się tak jeszcze długo, posłuchała jeszcze tych słów, co płaczą na łódzkich ulicach, idą w kondukcie pogrzebowym wraz z oficerską wdową, biegają po letnisku i przesiadują w cienistej altanie. W niedzielę, dzień po spektaklu, zagrzebałam się w starych książkach. Przecież muszę gdzieś tu je mieć, te Kwiaty polskie... Mam! Ugrzęzłam na dwa wieczory, zapadłam się znowu w Tuwimowe strofy jak w fotel w Odeonie.

Ziemi, gdy z martwych się obudzi
I brzask wolności ją ozłoci
Daj rządy mocnych, dobrych ludzi
Mocnych w mądrości i dobroci. (...)
Lecz nade wszystko - słowom naszym,
Zmienionym chytrze przez krętaczy,
Jedyność przywróć i prawdziwość...

Izabela Burger

 

Krzysztof Tyniec


Tu i teraz..."
Krzysztof Tyniec.
Przy fortepianie: Piotr Kajetan Matczuk.

17 czerwca 2017

k_tyniec_2

Autor zdjęcia: Sebastian Bujak.

Krzysztof Tyniec na Wikipedii
Piotr Kajetan Matczuk na Wikipedii
Piotr Kajetan Matczuk - zespół Piramidy

Izabela Burger:
Krzysztof Tyniec – Zawsze jest dobry czas

Jestem z miasta. Nie z byle jakiego miasteczka, tylko z prawdziwego półmilionowego Miasta, takiego z tramwajami i filharmonią. Filharmonia również nie byle jaka – cud architektury nowoczesnej w samym środku porządnej, poniemieckiej zabudowy. Zdarzyło się niedawno, że byłam w Mieście w czasie, kiedy bawił w nim mój ukochany Artysta, również nie byle jaki. Spotkaliśmy się zatem w filharmonii. Ja na widowni, Artysta na scenie z pełnym składem muzyków. Wielki koncert, pełna sala, Artysta w najlepszej formie. Koturny, dostojność, wielki świat i sterylna nowoczesność ze szkła i stali szlachetnej. Odstałam swoje w kolejce po płytę z autografem i wyszłam z poczuciem, że odwykłam zarówno od Miasta, jak i koncertów z ogromną widownią. I że wolę takie, gdzie w małym kinie, na pianinie…

A dziś w małym kinie w Brugg – Krzysztof Tyniec. Aktor, konferansjer, wodzirej, autor tekstów piosenek. Cokolwiek robi, robi dobrze. Jeśli czegoś nie umie, to uważa, że może się tego nauczyć. Gra w teatrze, w telewizji, nagrywa dubbing, audiobooki, tańczy, śpiewa - i to jak! Bluesowo, wodewilowo, lirycznie, jazzowo, rockandrollowo i po góralsku – do wyboru. Recital Tu i teraz składał się głównie z autorskich piosenek Krzysztofa Tyńca z płyty Dopokąd idę – piosenek mądrych, ważnych, pogodnych, ze świetnymi tekstami i w znakomitych aranżacjach. W małym kinie na pianinie grał Piotr Kajetan Matczuk – młody kompozytor, znany z wielu przedsięwzięć muzycznych, aranżer, autor piosenek, lider zespołu Piramidy. Najbardziej lubię taki repertuar, w którym sama nie wiem, co mnie bardziej urzeka: nuty czy słowo…

Od dzieciństwa mam do Krzysztofa Tyńca wielki sentyment – od czasu, kiedy w czarno-białym telewizorze śpiewał Przez łąki, przez pola pędzi fasola. Po latach śpiewałam te słowa razem z moimi dziećmi. Pierwsza piosenka dzisiejszego koncertu, taka kołysanka sentymentalna – refleksyjna, głęboka, wzruszająca, była właśnie o tym pędzącym czasie i zmieniającej się perspektywie:

Lat kilkadziesiąt minęło, inne zabawy i gry
Inne też przepychanki, mniej kolorowe sny
Teraz ty kogoś za rękę prowadzisz w lepszy świat
Opowiadasz bajki, na kolana sadzasz
Jak szybko biegnie ten czas.

(Puzzle, sł. K. Tyniec, muz. P. K. Matczuk)

Czarny szal, kapelusz, niewymuszona elegancja młodopolskiego dandysa i szelmowski urok wiecznego chłopca. Krzysztof Tyniec przyznaje, że wdepnął w zawód aktora, bo lubi tę robotę. Ma ogromny dystans do siebie, swojego zawodu i osiągnięć – chętnie opowiada o blaskach i cieniach życia aktora, chętnie o tym również śpiewa, z własciwą sobie pogodą ducha:

Siedząc sobie przed telewizorem
Pomyśl, widzu, jak trudno być aktorem
Normalny widz wstaje rano, myje zęby, ręce
Jeśli ma ochotę, może umyć więcej (…)
Aktor zaś wstaje rano, myje zęby, ręce
Jako że spóźniony, nie może nic więcej.
Potem się ubiera i biegnie na próbę
Gdzie zdejmuje ciuchy i zakłada drugie (...)
A weźmy taki, na przykład, alkohol
Normalny może pić sporo, aktor tylko trochę
Normalny może pójść w całkiem ostry dym
I czym ryzykuje? Że urwie mu się film
Aktorowi jak się urwie, z czego będzie żył?

(Piosenka aktorska, sł. K. Piasecki, muz. P. Augustynowicz)

Było o wszystkim. O samotności Hamleta, o komediancie śniącym o wielkiej roli. O miłości, zamroczeniach i zauroczeniach, upływie czasu i urokach zwykłej codzienności. O ławeczce Agnieszki Osieckiej na Saskiej Kępie i o tym, że jutro jutra już nie będzie. Opowiedziane, wyśpiewane lekko, ale refleksyjnie; dowcipnie, ale bez błaznowania. Ciepłe, puchate słowa ze smakiem, zapachem i aksamitną fakturą, takie, które chce się zabrać ze sobą do kieszeni.

Szanowna Pani, szanowny Panie
Zawsze jest dobry czas
by po czerwonym przejść się dywanie
I jeszcze raz, i jeszcze raz…

(Czerwony dywan, sł. K. Piasecki, muz. J. Hnatowicz)

Ku uciesze inżyniera Mamonia, który głęboko we mnie siedzi i najbardziej lubi te piosenki, które już zna, Krzysztof Tyniec zaśpiewał także stare, znane publiczności utwory z tekstami Wojciecha Młynarskiego: Jesteśmy na wczasach, Łoł, Walc przedostatni i absolutnie cudowną, wirującą Nathalie Gilberta Bécaud. Podobało się wszystkim, niezależnie od początkowych cyfr w PESEL-u. Publiczność klubowa rozśpiewała się i rozklaskała, pot się lał, panna Krysia przemierzała wzdłuż i wszerz parkietu przestrzeń, a inżynier Mamoń mruczał mi do ucha z lubością. Może to urok Krzysztofa Tyńca i jego znakomitego warsztatu scenicznego, a może magia małego kina. Długo po koncercie jeszcze mi się nuciło, smakowało i pachniało. Der Ohrwurm - mówią Szwajcarzy o takich piosenkach, które wpadają w ucho i za nic nie chcą z niego wyjść. Szanowna Pani, szanowny Panie

- On umie wszystko – powiedział o Krzysztofie Tyńcu Wojciech Młynarski. Rzeczywiście, umie wszystko. Śpiewa, tańczy, czaruje publiczność i robi to z niewymuszonym wdziękiem młodego dekadenta. Gawędzi sobie z widownią jak ze starymi, dobrymi znajomymi na spotkaniu towarzyskim. Ani śladu koturnów.

- Bardzo mi się podobało, było śmiesznie. Najbardziej podobała mi się ta piosenka o miłości do kontrolerki biletów w autobusie. I jeszcze ta o wiosennym olśnieniu na Marszałkowskiej, choć to nie było żadne olśnienie, tylko fotoradar – powiedziała 12-letnia Marysia, która dziś po raz pierwszy była na koncercie w Brugg. Klub nam młodnieje!

Piosenki mądre, niespieszne, pełne wdzięku, dowcipne, w świetnym, aktorskim wykonaniu. Głos, gest, ruch. Bo przecież: Piosenka może być ładna, brzydka, górska, morska / Jak ją aktor śpiewa, musi być aktorska. I była, od samego początku do samego końca.

Całym sercem jestem z Miasta. Tego z tramwajami i filharmonią. Ale koncerty wolę takie w małym kinie. Opowiadać

bajki,na kolana sadzać…

Izabela Burger

Olga Lipińska


„O kabarecie i nie tylko."
Olga Lipińska.
 
25 marca 2017

olga_lipinska_1

Olga Lipińska na facebooku
Kabaret Olgi Lipińskiej na Wikipedii

Izabela Burger:
Spotkanie z Olgą Lipińską: Coś z dramatu i coś z kabaretu

Jest w tym coś z dramatu i coś z kabaretu, pracować dla Polaków pod niebem Helwetów“ – wpisał dawno temu w klubową księgę Wojciech Młynarski. Wielokrotnie te słowa były cytowane ze sceny i w publikacjach klubowych, ale jeszcze nigdy aż tak dosłownie się nie ziściły. Jeszcze nigdy w Klubie dramat nie splótł się tak blisko z kabaretem. Spotkaliśmy się w Brugg 25 marca 2017 r. – dzień po pogrzebie Mistrza, w przeddzień Jego 76. urodzin. Zaproszonym gościem była Olga Lipińska – zatem rzeczywiście, coś z dramatu i coś z kabaretu... Nie tak wyobrażaliśmy sobie powitanie wiosny i 31. sezonu artystycznego w Klubie Miłośników Żywego Słowa. Odszedł wielki poeta, bard, legenda, twórca wybitny. A przy tym wszystkim – taki trochę nasz własny. Odszedł dobry, stary, klubowy znajomy. Jeśli Barbara Ahrens-Młynarska jest matką i ojcem Klubu, to Wojciech Młynarski był jego ojcem chrzestnym. Pomagał, obserwował, czuwał, wspierał, często również – aż trzynaście razy! - gościł na klubowej scenie. W sercach klubowiczów zajmował szczególne miejsce. Żegnamy Cię z miłością, Wojtku

Nie znosił patosu i wielkich słów, więc patosu nie było. Było tak zwyczajnie, po ludzku smutno. –Będziemy się do siebie uśmiechali i nie ma prawa nam się tu zrobić łzawo – powiedziała Barbara Młynarska. Bo Wojtek nie wybaczał lenistwa, rozczulania się nad sobą i braku poczucia humoru. Zawsze utwierdzał ją w przekonaniu, że sianie i pielęgnowanie polskich ziarenek na szwajcarskiej ziemi to posłannictwo, obowiązek i jej sposób na życie poza krajem. Opowiadała o pożegnaniu z Bratem, które odbyło się po pogrzebie na warszawskich Powązkach. W teatrze Ateneum śpiewali Wojtkowi ulubieni wykonawcy, śpiewali mu też Jego ukochani górale z Zakopanego i Kościeliska. Małej Scenie w Ateneum uroczyście nadano imię Wojciecha Młynarskiego. Nie było łzawo, ckliwie ani patetycznie. – Nie lituj się i pracuj, nie ma innej rady – pisał do niej Brat. Więc choć w środku żal wielki, to przecież show must go on… Kolejny sezon artystyczny przed nami, kolejna grządka do obsiania – Coś z dramatu i coś z kabaretu… Więc uśmiechaliśmy się do siebie, jak tego sobie życzyła Barbara Młynarska i jak On by sobie tego życzył.

A potem uśmiechaliśmy się również do Olgi Lipińskiej. Bo do Olgi Lipińskiej nie sposób się nie uśmiechać. Wyszła na scenę piękna, elegancka, promienna i pełna energii. Koleżanka Barbary Młynarskiej jeszcze ze studiów w warszawskiej PWST, Żelazna Dama Telewizji Polskiej - czasem sól w oku tej telewizji. Olga Lipińska – reżyserka, aktorka, scenarzystka, publicystka, legenda polskiego kabaretu i Teatru Telewizji. – Wspaniała, mądra, dziko inteligentna – powiedziała o niej Basia. Miała zostać poważnym reżyserem teatralnym, pracowała z Erwinem Axerem i Aleksandrem Bardinim, jako przedstawienie dyplomowe wyreżyserowała Antygonę. A potem rozejrzała się po rzeczywistości, po tej absurdalnej peerelowskiej rzeczywistości – i zaczęła robić coś innego. Kabaret, piosenka, zupełnie inna forma rozrywki w pionierskiej wtedy jeszcze telewizji. Zawsze pod prąd, zawsze inaczej, zawsze z palcem w oku jedynie wówczas słusznego ustroju. Zarzucano jej naigrawanie się z socjalizmu i promowanie zgnilizny moralnej w swoich programach. U cenzora wszystko musiała sobie wytupać i wypłakać. Współpracowała z najwybitniejszymi aktorami, zarówno w kabarecie, jak i na planie teatralnym. Stworzyła niepowtarzalny Kabaret Olgi Lipińskiej – najdłuższy cykl programów kabaretowych w historii polskiej telewizji. Grała u niej plejada najlepszych polskich aktorów – J. Kobuszewski, J. Gajos, J. Rewiński, K. Sienkiewicz, B. Wrzesińska, H. Śleszyńska, W. Pokora, Z. Zamachowski, P. Fronczewski, M. Kondrat, Cz. Majewski… W Kabarecie dostawało się wszystkim. Jawnie kpiła z polskich kompleksów narodowych, wyszydzała peerelowską mentalność z postpeerelowską rzeczywistością w tle. Ukazywała Polskę w krzywym zwierciadle transformacji 1989 roku: niby już wielki świat i zachłyśnięcie tym, co przyniosła nam raczkująca demokracja – a jednak wciąż zaścianek, głupota, pieniactwo i sobiepaństwo. „Jeśli nie teraz to kiedy, jeśli nie my, no to kto/wyciągnie Polskę z tej biedy, bo pójdzie ona na dno“. Nie godziła się na bylejakość i terroryzowała swoim perfekcjonizmem wszystkich wokół. Czepiała się drobiazgów tak długo, aż wreszcie wszystko było po jej myśli. – Jak mogłam się nie czepiać? - opowiada Olga Lipińska – skoro miał być Czerwony Kapturek, a przynieśli mi zielony berecik? Sama przyznaje, że pracowała po 40 godzin, nie uznawała przerw w pracy, śniadaniowych ani żadnych innych, a pracujący z nią aktorzy podejrzewali, że żywi się kurzem i kablami. Do Brugg przywiozła archiwalne materiały video, fragmenty Kabaretu i przedstawień Teatru Telewizji, i opowiadała o kulisach ich powstania. Taka na przykład historia o biblijnym Adamie, na nowo zredagowana. Co by było, gdyby Adam (w tej roli Zbigniew Zamachowski) był Polakiem? Poza figowym listkiem nosiłby porządne kalesony przewiązane pasem od kontusza, pawie pióro i szabelkę. A narodowie postronni głowiliby się, jak by mu tu jaką część ciała wyjąć i Ewę do towarzystwa stworzyć… Bo Adam nie kiep, swoje zdanie ma i “za żadne góry srebra nie da se wyjąć żebra“. Gdyby Adam był Polakiem, proszę Państwa, żylibyśmy dziś jak w raju – Polak wszakże dałby radę i węża przepędzić, i świat lepiej zorganizować. Absurdy historii dzieją się w rozśpiewanej chacie Ściekliców, sami swoi, polska szopa – mity słowiańskie przeplatają się ze współczesnymi wydarzeniami, aktualne hasła z echami wielkiej dziejowej przeszłości. Oto Ziemowit oczekuje na postrzyżyny – a anioły zamiast czynić swą powinność, to po wsi latają, gardła płuczą, prowadzą gaworzenie przy szklenie, potem czkają i gubią nożyczki – i cała historia na nic... W Kabarecie Olgi Lipińskiej jest wszystko. Co się w duszy komu gra, co kto w swoich widzi snach - jak w Weselu S. Wyspiańskiego. Śmiesznie jest wtedy, kiedy banalna treść wtłoczona jest w wykwintną formę lub odwrotnie – kiedy siermiężna forma zawiera podniosłe treści. Wielkie myśli w małych słowach i wielkie słowa w małych myślach. Takie były właśnie Kabaret Olgi Lipińskiej i jej przedstawienia w Teatrze Telewizji. Coś z dramatu i coś z kabaretu. Szabelka przy kalesonach, kapitalizm za dulary w wiejskiej chacie, Hamlet we wsi Głucha Dolna, strofy wieszczów narodowych wyśpiewywane w tętniacej absurdem chacie Ściekliców. Mesjanizm z purnonsensem, martyrologia z groteską, patos z kpiną. A to Polska właśnie...

Humor z Kabaretu Olgi Lipińskiej ani trochę się nie przeterminował. I długo się jeszcze nie przeterminuje, dopóki prezes Misiek i woźny Turecki trwali będą dzielnie na swoich posterunkach, a w chacie polskiej będą się działy co rusz nowe absurdy.

Leci przez wieś piesek

Pewnie się coś stało

Gdyby leciał drugi

To by dwóch leciało.

To było bardzo szczególne spotkanie i szczególny spektakl. Wojciech Młynarski nie znosił patosu, więc pewnie nie życzyłby sobie podniosłych, marmurowych trenów i łzawych pożegnań. W Warszawie zagrali mu górale, a my w Brugg pouśmiechaliśmy się do siebie, do Olgi Lipińskiej, do Basi – i do Niego. Show must go on. Absolutnie!

Izabela Burger

Goście Klubu Miłośników Żywego Słowa:

Pisarze, poeci, publicyści, dziennikarze:

Prof. Włodzimierz Bolecki
Kazimierz Brandys

Stefan Bratkowski

Prof. Jerzy Bralczyk

Jolanta Chojecka

Mirosław Chojecki

Prof. Stefan Chwin

Janusz Głowacki

Ryszard Kapuściński

Stefan Kisielewski

Tadeusz Konwicki

Marek Kotański – psycholog

Urszula Kozioł

Hanna Krall

Lucjan Kydryński

Ludmiła Marjańska

Romuald Mieczkowski (Wilno)

Wojciech Młynarski (1)

Wojciech Młynarski (2)

Jan Nowak – Jeziorański

Joanna Olczak – Ronikier

Agnieszka Osiecka

Jeremi Przybora

Michał Ronikier

Maciej Rybiński

Andrzej Szczypiorski

Adriana Szymańska

Olga Tokarczuk

Teresa Torańska

Barbara Wachowicz

Maria Wiernikowska (korespondentka wojenna)

Marcin Wolski

Bogusław Wołoszański

Jacek Żakowski

Historycy, politycy:

Dariusz Baliszewski

Prof. Władysław Bartoszewski

Dr. Antoni Dudek

Prof. Aleksander Gieysztor

Pułkownik Wojciech Kołaczkowski - dowódca legendarnego dywizjonu 303

Senator Krzysztof Piesiewicz

Janusz Reiter

Senator Edward Wende

Prof. Jacek Wożniakowski

 

Reżyserzy teatralni i filmowi:

Erwin Axer

Prof. Aleksander Bardini

Jerzy Gruza

Janusz Kukuła

Marek Koterski

Jan Maciejowski

Olga Lipińska

Krzysztof Zanussi

Artyści kabaretowi i estradowi:

Artur Andrus (1)

Artur Andrus (2)

Hanna Banaszak

Maria Czubaszek

Krzysztof Daukszewicz

Leszek Długosz

Jacek Fedorowicz

Stefan Friedmann

Edyta Geppert

Olena Leonenko

Halina Kunicka

Alicja Majewska

Steffen Möller

Michał Ogórek

Dorota Osińska (1)

Dorota Osińska (2)

Andrzej Poniedzielski

Łucja Prus

Irena Santor

Anna Serafińska

Andrzej Sikorowski

Anna Szałapak (1)

Anna Szałapak (2)

Kabaret ”TrzynaStu” – Szwajcaria

Grzegorz Turnau (1)

Grzegorz Turnau (2)

Stanisław Tym (1)

Stanisław Tym (2)

Magda Umer (1)

Magda Umer (2)

Wanda Warska

Zbigniew Wodecki

Aktorki teatralne, filmowe i estradowe:

Ewa Błaszczyk

Małgorzata Bogdańska (1)

Małgorzata Bogdańska (2)

Teresa Budzisz – Krzyżanowska

Ewa Czajkowska

Ewa Dałkowska

Edyta Herbuś

Ryszarda Hanin

Katarzyna Jamróz

Maja Komorowska

Zofia Kucówna

Barbara Krafftówna

Irena Kwiatkowska

Katarzyna Łaniewska

Anna Nehrebecka

Anna Polony

Zofia Saretok

Olga Sawicka

Anna Seniuk

Joanna Szczepkowska

Beata Ścibakówna (1)

Beata Ścibakówna (2)

Hanna Śleszyńska

Monika Świtaj

Marzena Trybała

Joanna Trzepiecińska

Beata Tyszkiewicz

Ewa Wiśniewska

Magdalena Zawadzka

Ewa Żukowska

Aktorzy teatralni, filmowi i estradowi:

Artur Barciś

Jacek Bończyk (1)

Jacek Bończyk (2)

Jan Englert (1)

Jan Englert (2)

Janusz Gajos

Ignacy Gogolewski

Wiesław Gołas

Stanisław Górka

Gustaw Holoubek

Krzysztof Kolberger

Marek Kondrat

Robert Kowalski

Piotr Loretz

Andrzej Łapicki

Tadeusz Łomnicki

Olgierd Łukaszewicz

Piotr Machalica

Wojciech Malajkat

Tadeusz Malak

Wojciech Machnicki

Wiesław Michnikowski

Jerzy Nowak

Marian Opania

Leszek Piskorz

Jacek Romanowski

Wojciech Siemion

Tomasz Stockinger

Andrzej Szczepkowski

Jerzy Trela

Krzysztof Tyniec

Krzysztof Wakuliński

Jacek Wójcicki

Janusz Zakrzeński

Zbigniew Zamachowski

Zbigniew Zapasiewicz

Wiktor Zborowski

Jerzy Zelnik

Kompozytorzy, pianiści, akompaniatorzy, śpiewacy:

Michał Białk

Joanna Bocheńska

Janusz Bogacki

Wojciech Borkowski (1)

Wojciech Borkowski (2)

Łukasz Borowiecki

Jerzy Derfel

Sebastian Feliciak

Trio muzyki kameralnej „Fennica” w składzie:

Helena Maffli-Nissinen (fortepian)

Dorota Sosonowska (skrzypce)

Jarmo Vainio (wiolonczela)

Tomasz Góra

Marcin Grochowina

Krzysztof Herdzin

Bogdan Hołownia

Wojciech Kaleta

Irena Kluk – Drozdowska

Włodzimierz Korcz

Andrzej „e-moll“ Kowalczyk

Andrzej Kurylewicz

Lesław Lic

Czesław Majewski

Konrad Mastyło (1)

Konrad Mastyło (2)

Konrad Mastyło (3)

Piotr Kajetan Matczuk

Włodzimierz Nahorny

Katarzyna Nowakowska

Janusz Olejniczak

soliści Opery Bazylejskiej:

Ewa Łęska – Burska

Arkadiusz Burski

Andrzej Pawlukiewicz

Marcin Partyka

prof. Magdalena Rezler

Zbigniew Rymarz

Janusz Sent

Jacek Skowroński

Wojciech Stec

Janusz Strobel

Tadeusz Suchocki

Hadrian Filip Tabęcki

Marek Tomczyk

Barbara Uszyńska

Marek Walawender