Archiwum

 2018  2017  2016  2015  2014  2013  2012  2011  2010  2009  2008  2007  2006  2005  2004  2003  2002  2001  2000  1999  1998  1997  1996  1995  1994  1993  1992  1991  1990  1989  1988  1987  1986

Rok 2018 - XXXII sezon artystyczny

Piotr Machalica


Piotr Machalica
„Mój ulubiony Młynarski.”

Michał Walczak - gitara, tamburyn, aranżacje
Krzysztof Niedźwiecki - gitara, walizka vel stopa
Paweł Surman - trąbka, akordeon, instrumenty perkusyjne

2 czerwca 2018

Fot. Arkadiusz Wiedeński

Piotr Machalica na Wikipedii

 


Mój ulubiony Machalica

 

Koncerty są jak podróże – różne. Bywają koncerty z gatunku Pojechałam i wróciłam. Ale są też koncerty pt. Pojechałam i nie mogę wrócić. I mimo że fizycznie wróciłam, to w głowie emocjonalny jetlag, a kieszenie pełne kamieni z podróży. Wróciłam – a jeszcze nie wróciłam. Taki był właśnie koncert Piotra Machalicy Mój ulubiony Młynarski. Długo nie mogłam z niego wrócić.

Ciężko mu było wybrać piosenki do tego koncertu, choć od wielu lat zbierał się do tego, żeby zrobić recital złożony tylko z piosenek Wojciecha Młynarskiego. Przez całe swoje życie zawodowe związany był z tymi piosenkami, setki ich znał na pamięć, tylko jakoś ciągle brakowało mu odwagi na cały recital w hołdzie Mistrzowi. Namówiło go do tego trzech młodych muzyków z Częstochowy – i tak powstał Mój ulubiony Młynarski na dwie gitary, trąbkę i akordeonik. W programie znalazły się te piosenki, które Piotrowi Machalicy najgłębiej w duszy grały i te, bez których, jak twierdzi, jego życie byłoby ugorem. Wyznał, że bardzo bał się tych piosenek, które śpiewał sam Młynarski. Pewnie każdy wykonawca tekstów Młynarskiego tego właśnie się boi – zmierzyć się z piosenkami, które są najbardziej młynarskie. Jeżeli jednak ktoś powinien śpiewać Młynarskiego, to właśnie Piotr Machalica. Wzruszający, ciepły, mądry, dojrzały. Idealny wręcz do płaczu i do śmiechu, czyli do osławionych trzech elementów Młynarskiego. Miękkogłosy, miękkooki, charyzmatyczny, a wraz z nim trzech młodych muzyków z niebywale wielką energią: Michał Walczak, Krzysztof Niedźwiecki i Paweł Surman. Nie ma nieśmiertelnego derflowskiego fortepianu. Są za to dwie gitary z tętniącym, hiszpańskim temperamentem, trąbka i coś, co lubię najbardziej, a czego mało na scenie ostatnio – prawdziwy akordeon i najprawdziwszy akordeonista, który przyznał, że na akordeonie nauczył się grać specjalnie dla Mojego ulubionego Młynarskiego. Koncert zaczął się partią na trąbce i już wiedziałam, że z tej podroży ciężko mi będzie wrócić.

Bożenki siwieją, a piosenki Młynarskiego nic a nic się nie starzeją. Mało tego – w nowym wykonaniu zyskują drugą, trzecią, kolejną młodość. Recital Mój ulubiony Młynarski składał się ze starych i nowych piosenek – z tych refleksyjnych i z tych wesołych. Z tych, które zna cała Polska od kilku pokoleń i z tych mniej znanych. Ciepły, charyzmatyczny głos Piotra Machalicy i fenomenalna aktorska interpretacja sprawiały, że każda piosenka stawała się odrębnym przedstawieniem – dramatem, kuplecikiem, scenką rodzajową. Na początku była...

taka piosenka, taka ballada
Co byle czego nie opowiada,
Bo słów jej szkoda, bo krew nie woda
Bo nagli czas…

A potem były te piosenki, które Piotrowi Machalicy towarzyszą od zawsze: Moje ulubione drzewo, Daj des, Bynajmniej, Tango Desperado, Alkoholicy z mojej dzielnicy, Ballada o dwóch koniach, Najpiękniejszy list miłosny, Nie ma jak u mamy, Róbmy swoje... I nie tylko piosenki. Były również słynne śpiewane-nieśpiewane felietony Młynarskiego, były anegdoty, było również Smutne miasteczko, które od ponad 30 lat uparcie nie chce się zdezaktualizować. Szczęki i pięści zaciśnięte zupełnie po młynarskiemu...

Teksty Młynarskiego cenię za wiele rzeczy. Długo mogłabym wymieniać. Za przenikliwość, humor, trafność, za hiperbole i zdolność wydobywania z polszczyzny tego, co w niej najpiękniejsze. Ale największa ich siła tkwi w życzliwości do ludzi, tych najzwyklejszych: do wszystkich sympatycznych panów Waldków, Zdzisiów, Żorżyków, klientów baru Smakosz, do Bożenek, Mariolek i kasjerek z prowincji... W Piotrze Machalicy jest ta sama życzliwość wobec świata. Nie pasuje do krzykliwych czasów, łatwych piosenek, łomotu multimediów i tandetnych festiwali. Pasuje do mądrych, znakomitych, przenikliwych tekstów. Do swojego ulubionego Młynarskiego. Niektórym podchodzą wolne numery, a mnie podchodzi Machalica...

To był mądry, potrzebny wieczór. - Lepiej nam jest żyć, gdy spostrzeżemy, że to, co proste, może być głębokie, że to, co cholernie zabawne, może być jednocześnie bardzo mądre – napisał o piosenkach Młynarskiego nasz niedawny gość, Jerzy Bralczyk.

Mój ulubiony Machalica z moim ulubionym Młynarskim u mojej ulubionej Młynarskiej w moim ulubionym Brugg. Czego chcieć więcej? Żal tylko, że Mistrza z nami nie było.

A może był..?

Izabela Burger
 

Piotr Machalica w Bruggu 2018

Fot. Karolina Rutecka

 

Jerzy Bralczyk


Profesor Jerzy Bralczyk
„O sztuce wystąpień publicznych.”

7 kwietnia 2018

Fot. Adam Mikołajczyk

Blog Profesora Jerzego Bralczyka
Strona internetowa Jerzego Bralczyka


Izabela Burger:

Jerzy Bralczyk, czyli po co komu polonista?

- A taki na ten przykład polonista. Co to za zawód?

- Polskiego uczy. Wszyscy umiom, a on uczy?

Przypomniał mi się dialog prowadzony przez dwóch panów na ławeczce pod wiejskim sklepem w pewnym polskim serialu. Bo co to za zawód? – polonista? “Polonista – to nie zawód, lecz hobby. Polonistą być nie życzę nikomu” – zaczyna swój List w sprawie polonistów Andrzej Waligórski. Bo aktor, wiadomo; zaśpiewa, zatańczy, coś do śmiechu wydeklamuje, Hamleta jakiegoś zagra... Pisarz coś mądrego napisze, pianista zagra, śpiewak zaśpiewa. A polonista?

Pierwszym gościem Klubu Miłośników Żywego Słowa w 32. sezonie artystycznym był profesor Jerzy Bralczyk, Naczelny Polonista Rzeczypospolitej: ekspert językowy, wykładowca, osobowość telewizyjna i radiowa, specjalista od języka mediów, reklamy i polityki. Człowiek, przed którym polszczyzna nie ma tajemnic. A Polacy interesują się swoim językiem – i to zainteresowanie odróżnia nas od innych nacji. Pytamy, drążymy, ciekawią nas kwestie poprawności i kultury języka, tropimy i piętnujemy błędy, często też oceniamy ludzi (szczególnie tych z przestrzeni publicznej) przez pryzmat języka, jakim się posługują. Chyba tylko w Polsce tak popularne są różnego rodzaju programy i publikacje poprawnościowe. Profesor Jerzy Bralczyk już po raz trzeci był gościem Klubu, tym razem z wykładem pt. O sztuce wystąpień publicznych. Oczekiwałam zatem wykladu, wygłoszonego ex cathedra i najeżonego terminologią. Wykładu nie było. Terminologii też nie. Było za to wystąpienie kogoś, kto językiem posługuje się w sposób mistrzowski i czyni go wartością samą w sobie – wystąpienie o tym, jak występować, słowa o słowach. To nie był popis krasomówczy, ale mądre i sympatyczne wystąpienie o tym, jak mówić, żeby nas słuchano z przyjemnością. “Każdy z nas - z wyjątkiem (…) prof. Jerzego Bralczyka – używa słów nieprzemyślanie, bezkarnie i niewdzięcznie; tymczasem marzyłoby się, abyśmy robili to choć lekko przemyślanie, karnie i wdzięcznie” – pisze Michał Ogórek we wstępie do książki pt. 1000 słów. Jak to jest, że jednych mówców słuchamy z przyjemnością nawet, jeśli się z nimi nie zgadzamy, a inni drażnią nas i nudzą, mimo że w sprawie zasadniczej mamy takie same opinie. “W sztuce mówienia największą sztuką jest ukrycie faktu, że to sztuka”– powiedział prof. Bralczyk. Wg niego najważniejsze jest to, żeby mówić nie sobie a muzom, ale żeby mowić DO kogoś . “Umiejętność przekonującego mówienia bywa postrzegana jako zwodnicza , mająca na celu manipulację, a nie prezentowanie prawdy” – uważa Profesor. Jeśli stosuje sztuczki retoryczne, to zaraz je zdradza. Jeśli manipuluje słuchaczem, to potem pokazuje, jakie są zasady tej manipulacji. Twierdzi, że głosem trudniej kłamać niz słowami, bo głos jest bliżej myśli. Przemówienie to nie tylko tekst - to również (a może przede wszystkim!) głos, dykcja, gest, mowa ciała. Słowa łatwiej zaplanować i łatwiej nad nimi zapanować niż nad własnym ciałem. O polszczyźnie opowiada z pasją, zarówno o jej historii, jak i przyszłości czy zagrożeniach. A opowiedzieć o polszczyźnie tak, żeby słuchacze śmiali się w głos – to dopiero jest sztuka!

Za najwybitniejsze dzieło literatury polskiej uważa Pana Tadeusza, zaraz po nim – polski przekład staroruskiego Słowa o wyprawie Igora Juliana Tuwima. Rozsmakowany jest w słowie, widać, że sprawia mu przyjemność rozcieranie słów na podniebieniu, wykręcanie ich do ostatniej kropli smaku. Bez znaczenia, czy występuje przed publicznością, czy przy kawiarnianym stoliku recytuje Szymborską lub oryginalne staroruskie wersy. Nie piętnuje błędów językowych z wyżyn swojej profesorskiej katedry, nie wyśmiewa, nie grzmi z pozycji autorytetu. Wszak językoznawca ma taki wpływ na język, jak meteorolog na pogodę. Dlatego właśnie Profesor stara się jedynie wyjaśnić mechanizm powstawania tych błędów i uważa, że tylko błąd dostrzeżony i zrozumiany może być poprawiony i wyeliminowany. Przyznaje, że lubi siermiężny język propagandy PRL-u. Lubi również słuchać tych polityków, którzy mówią najgorzej i uważa, że im właśnie polszczyna dużo zawdzięcza – o wiele więcej uczy nas zły przykład niz dobry.

Gdyby w polskiej przestrzeni publicznej było więcej takich Bralczyków, Polska nie byłaby pewnie ani lepsza, ani ładniejsza. Ale na pewno ładniejsza byłaby nasza polszczyzna i na pewno bardziej byśmy się dzięki temu w tej naszej polskiej przestrzeni publicznej lubili.

Więc zamieszczam na końcu listu

Ja, satyryk, błazen i ladaco,

Zdanie proste: - Kocham polonistów!

Rozwinięcie zdania: -

... bo jest za co!

(Andrzej Waligórski, List w sprawie polonistów)


Izabela Burger