Archiwum

 2022  2021  2020  2019  2018  2017  2016  2015  2014  2013  2012  2011  2010  2009  2008  2007  2006  2005  2004  2003  2002  2001  2000  1999  1998  1997  1996  1995  1994  1993  1992  1991  1990  1989  1988  1987  1986

Rok 2022 - XXXVI sezon artystyczny

Serce dla Ukrainy - IKEBANY Joanny Conradi-Albińskiej - artystki plastyczki.

Na koncercie inaugurującym XXXVI sezon artystyczny Klubu Miłośników Żywego Słowa -
2 kwietnia 2022 o godzinie 15.00,

w Kulturhaus ODEON/Brugg, miała miejsce niezwykła prezentacja kwiatowych IKEBAN.

 

Dochód z ich sprzedaży został przekazany na konto Polskiej Akcji Humanitarnej, której prezesem jest Janina Ochojska. Polska Akcja Humanitarna od 30-tu lat jest wszędzie tam, gdzie niezasłużenie cierpią i giną niewinni ludzie.

A tak opowiada Joanna Conradi-Albińska o IKEBANACH wykreowanych przez artystyczną fantazję:

* każdy pojedynczy kwiat, to los człowieka dotkniętego wojną
* wiązanka, to splot naszych dróg życiowych
* różnorodne gałązki, to wsparcie z “różnych stron”
* pączki na gałązkach, to zaczątki nowego życia, które rozwinie się z czasem i dzięki pomocy nas wszystkich !

 

 

Joanna Conradi-Albińska | JOA GOLDSCHMIEDE | Bäumleingasse 13 | CH-4051 Basel
www.joagoldschmiede.ch

 


Anna Seniuk i Ewa Konstancja Bułhak

 
Spektakl Barbórkowy

„Koncert na Szachrajki” czyli
Anna Seniuk i Ewa Konstancja Bułhak.

Przy fortepianie Bogdan Hołownia.

26 listopada 2022

Anna_Seniuk_by_Foksal-Foto-Wikipedia

Zdjęcie Anny Seniuk (źródło: Wikipedia)
Wikipedia: Anna Seniuk

Zdjęcie Ewy Konstancji Bułhak: Jacek Poręba
Wikipedia: Ewa Konstancja Bułhak

 

Barbara Tschopp-Nowak: „Koncert na Szachrajki” czyli Anna Seniuk i Ewa Konstancja Bułhak.

 
Spektakl Barbórkowy anno domini 2022 okazał się być wieczorem pełnym niespodzianek: zapowiedziany jako Koncert na Szachrajki, był jednocześnie obchodami 80-lecia urodzin Anny Seniuk i Barbary Młynarskiej-Ahrens. Benefis dostojnych Równolatek-Jubilatek, w koncepcji Anny Seniuk, miał polegać na zamianie ról: tym razem nie aktorki dla publiczności lecz publiczność dla aktorek miała grać i od tego miał zależeć sukces wieczoru. Punkt wyjścia nie wróżył nic dobrego – znajdowaliśmy się jakoby w greckiej tragedii, która charakteryzowała się, jak właśnie wieczór w Odeonie, jednością miejsca, czasu i akcji. Na szczęście w sukurs publiczności przyszli Ewa Konstancja Bułhak (śpiew) i Bogdan Hołownia (fortepian). A i cała zapowiedź okazała się być połowicznym szachrajstwem – wszak Basia M. i Anna S. nie potrafią żyć bez swych ról.
 
Skąd się wzięły Szachrajki? Anna Seniuk wyreżyserowała w Teatrze Narodowym cieszący się niesłabnącym powodzeniem spektakl dla dzieci i ich rodziców „Przygody Pchły Szachrajki” Jana Brzechwy. Dokonała w nim sukcesji swej mistrzowskiej tytułowej roli na rzecz Ewy Konstancji Bułhak. W Odeonie dwie zasłużone Szachrajki przyjęły do swego grona trzecią – Basię Młynarską-Ahrens. Bo jakżeby ta „Prezesica Żelazna Dama” już 36 lat mogła prowadzić Klub Miłośników Żywego Słowa, nie uciekając się do szachrajstw?

Panie wymieniły poetyckie laurki jubileuszowe: Ania dla Basi przetrawestowała nieco Boya Żeleńskiego a Basia dla Ani Eugeniusza Oniegina. I popłynął dawnych wspomnień czar… Anna Seniuk przybliżyła nam atmosferę kultury operowej początku lat XX-tych poematem Stanisława Balińskiego, Skamandryty „Wieczór w Teatrze Wielkim”:
„Gdy zegar na Ratuszu o ósmej wieczorem
Wydzwania melodyjnie przedstawienia porę,
Widzę Plac Teatralny, oświetlony falą
Lamp owianych jesienią, jak pożółkły salon.
Słyszę turkot dorożek i dzwonki tramwajów,
I głos chłopców, co we drzwiach „afisze” sprzedają;
I oczy od Ratusza ku filarom zwracam,
I jak cień tam wyrastam, i jak cień powracam….

…..Ktoś śpiewa w mroku arie. Pachną zżółkłe plusze
I płynie pył od sceny, wirując w ciemności.
Chcę słuchać. Lecz nie mogę. Lecz wspominać muszę,
Na poddaszach melodii, wśród kurzów młodości.

…..W dużej loży przy scenie siedzi jasnogłowa,
Teatralno-muzyczna, bujna, operowa
Rodzina Młynarskiego……”
No, skoro do tablicy została wywołana rodzina Młynarskiego, to wnuczka Emila, legendarnego dyrektora i dyrygenta opery warszawskiej, ochoczo przejęła rolę wspominającej, cytując swe programy autorskie sprzed lat a także wprowadzając element interakcji z publicznością:
Oto przeniosła nas swą opowieścią do powojennych czasów w domu rodzinnym w Komorowie, wielopokoleniowego schronienia dla licznych rezydentów, miejsca spotkań ludzi kultury. Pewnego niedzielnego popołudnia i 1951 roku, dom komorowski odwiedziła Mira Zimińska-Sygietyńska. Zapragnęła zwiedzić dom, prosząc o przewodnictwo małą dziewczynkę, Basię. Gość i jej mała cicerone znalazły się m.in. w kuchni, pomieszczeniu z kaflową kuchnią na koks i mnóstwem drzwi w ścianach. Pani Mira z ciekawością otworzyła jedne z nich i znalazła się pośród rondli: mosiężnych, blaszanych, miedzianych. Rondle zadzwoniły a Mira zaśpiewała tak:

„Dużo piosenek wyśpiewałam
Każda z nich swój urok ma
Lecz najmilsza którą znałam
Najpiękniejsza byłą ta
Tata da raka tata
Tata da raka tata
Tata da raka tata da raka
Tata da raka
Tata da raka tata
Tata da raka tata
Tata da raka tata da raka
Tata da raka tata.
Bo to był wypadek taki
Państwo wiedzą co to rak
Że siadł ojciec i jadł raki
A syneczek prosił tak
Tata da raka….”

Piosenka opowiadała o ojcu-potworze, który nic sobie nie robił z próśb głodnego syna, sam pałaszował coraz to nowe raki a synowi nie dał nic. Nie pomogło wstawiennictwo tłumu, policji, ogniowej straży a nawet pana wojewody.
Tekst napisał w 1930 r, Julian Tuwim, muzykę Anda Kitschman dla rewii „Ram-pam-pam” w Teatrze Cyganeria.
A teraz Solenizantka zaśpiewała piosenkę Miry na Barbórce w Odeonie, zapraszając publiczność do wykonania refrenu.
Ma się rozumieć, wysoce wyrobiona kulturalnie i nadzwyczaj muzykalna publiczność, brawurowo dała sobie radę z ambitnym tekstem i melodią.

No a podczas całego wieczoru przewijała się niespodzianka nad niespodzianki – piosenki w wykonaniu Ewy Konstancji Bułhak. Dawno temu profesor Kazimierz Rudzki poradził Wojtkowi Młynarskiemu, by sam wykonywał własne utwory, ponieważ jest ich najlepszym interpretatorem. Nie mógł jednak przewidzieć, że o dwa pokolenia później pojawi się na scenie Ewa Konstancja Bułhak.
Jeśli ktoś nie potrafi sobie wyobrazić, jak cieć zamiata ulicę, lub Anielica z nieba na ziemię zlata, koniecznie musi się wybrać na recital Ewy Konstancji Bułhak. Dla widzów w Odeonie, okazała się zjawiskiem. Fascynująco śpiewała piosenki m.in. Antoniego Marianowicza, Wojciecha Młynarskiego, Jerzego Wasowskiego i Jeremiego Przybory.
Zaprosiła Dostojne Jubilatki, by towarzyszyły jej jako chórek & balet. Jako prezent specjalny zaśpiewała piosenkę ze słowami Basi Młynarskiej do muzyki Bogdana Hołowni:
„Wszystko jeszcze przed nami...
Za nami….”

A zakończyła swój mini-recital tak:

….A jeśli to wszystko to żart,
A jeśli po prostu nie ma nas
Taki żart zrobił czas
Mijamy lub nie
Trwamy lub nie….
….A jeśli to wszystko to czas
Jesteśmy a może nie ma nas….

Przedświąteczny spektakl zakończyły wzruszające życzenia oraz kolęda na trzy głosy - „Kolęda dla zranionych” Wojciecha Młynarskiego.

A potem, w sali recepcyjnej, odbył się tradycyjny Barbórkowy poczęstunek miodownikiem - wypiekiem Basi, przy toastach wznoszonych prosecco zaoferowanym przez opiekuna i sponsora Klubu, Jerzego Czubaka; fotoshooting prawie wszystkich z wykonawczyniami i wykonawcą… Radość, zachwyt, wzruszenie,
po uprzedniej uczcie dla oka i ducha; magia przebywania razem….
 

Barbara Tschopp-Nowak

 

Anna Seniuk i Ewa Konstancja Bułhak w Bruggu

Ewa Konstancja Bułhak, Bogdan Hołownia, Anna Seniuk, Barbara Ahrens-Młynarska.

Anna Seniuk, Barbara Ahrens-Młynarska, Ewa Konstancja Bułhak.

 

Fotografie: Kamil Jellonek.
Kliknij, by powiększyć.

Magdalena Kumorek

 

Recital aktorki i kompozytorki Magdaleny Kumorek

10 września 2022

„LOVE STORY CZYLI STORY TO LOVE”
na głos, fortepian i kipiącą wyobraźnię artystki.

 

Fot. Aga Rzymek

 

Love Story to 75 przebojów na godzinę.

Mówi się, że piosenki są albo o miłości, albo o niczym. A co jeśli wszystkie są o miłości i jeszcze ze sobą dialogują? A gdyby tak prowadzić rozmowy piosenkami?

Polskie przeboje od przedwojennych, przez Młynarskiego i Osiecką po Maanam i o.n.a. – które znają wszyscy, niekoniecznie wiedząc, że one wszystkie łączą się w jedną historię.

Że to jest Love Story.

Zabawny, romantyczny, przewrotny, bardzo humorystyczny program, który publiczność pokocha!

Aktorka sama akompaniuje sobie na fortepianie.

Magdalena Kumorek
Absolwentka Akademii Teatralnej w Warszawie, laureatka Przeglądu Piosenki Aktorskiej, Festiwalu Piosenki Francuskiej w Lubinie i Konkursu na Interpretację Piosenek Agnieszki Osieckiej w Warszawie, od lat związana z Teatrem Muzycznym w Gdyni i z wrocławskim Capitolem, aktorka filmowa i serialowa, wegetarianka, duch wolny i poszukujący.
(źródło: https://ppa.teatr-capitol.pl/magdalena-kumorek-madaleine/)

Wikipedia: Magdalena Kumorek

Jerzy Czubak: Serce, to najpiękniejsze słowo świata.

 
To było piękne sobotnie popołudnie!
Wszystko zaczęło się od tradycyjnej zupy pomidorowej w zaprzyjaźnionej kawiarni Frei.
Zupa tam jest świetna, obsługa znakomita, miejsce idealne na małą przegryzkę dla artystów, bo scena ODEONu tuż, tuż.
Tam miałem przyjemność poznać Panią Magdę Kumorek i jej córkę, dwunastoletnią Ninę.
I to właśnie Nina bardzo szybko skupiła na sobie uwagę wszystkich. Wulkan energii!
Mama, milcząca i skupiona, po szybkim lunchu, dyskretnie wróciła do teatru ODEON, by kontynuować przygotowania do spektaklu.
Wróciliśmy i my. Basia obawiała się nieco o powakacyjną frekwencję. Niepotrzebnie.
Parter wypełnił się nie tylko członkami klubu, ale także znaczącą ilością nowych widzów.
Basia jak zawsze pięknie powitała publiczność i obiecała, że będzie tak długo prowadzić Klub jak długo będzie czerpała z tego satysfakcję i poparcie klubowiczów.

Jak większość widzów zupełnie nie wiedziałem czego się spodziewać po nadchodzącym przedstawieniu. Magdę Kumorek widziałem na scenie tylko raz, w spektaklu "Młynarski Obowiązkowo", gdzie zaśpiewała, zupełnie rewelacyjnie, piosenkę mistrza "Ogrzej mnie".
Ta piosenka to mały dramat. Niezwykle trudna do wykonania, niemożliwa do zaśpiewania przez nawet bardzo dobrą piosenkarkę. To piosenka dla bardzo dobrej aktorki dramatycznej potrafiącej dobrze śpiewać.  Wykonanie tej piosenki przez Magdę Kumorek pamiętam do dzisiaj.

A kiedy rozpoczęło się przedstawienie, już po pierwszych kilku minutach, oddałem się magii i klimatowi kreacji scenicznej, pozytywnej energii, muzykalności, a przede wszystkim przesłaniu, które docierało do nas ze sceny.
Spektakl pt. „Love Story czyli Story to love” był muzyczną opowieścią o historii kobiety - od pełnej radości młodzieńczej miłości, rozkwitającego i dojrzewającego uczucia zakończonego małżeństwem, szczęśliwej rodziny, poprzez doświadczenie zdrady i rozstania, smutku i depresji, aż do zwycięskiej walki o siebie i swoje szczęście. Walki, a właściwie nauki, która ciagle trwa.
Historia ta jest opowiedziana zupełnie niezwykłymi środkami, fragmentami bardzo znanych piosenek, tych najbardziej popularnych na przestrzeni ostatnich niemalże stu lat - od Hanki Ordonówny i Mieczysława Fogga do Manaam czy Bajm.
Nie sposób wymienić wszystkich, których aktorka cytuje. Myślę, że utworów było blisko setka... Ale za to jak cytuje! To nie są proste covery. Każdy z nich został przez artystkę odmiennie zaaranżowany. Trudno uwierzyć, że można przechodzić z jednego utworu do drugiego zmieniając tonacje, skalę głosu, natężenie, dramaturgię. I do tego grać na fortepianie!
I tak jak w przypadku piosenki "Ogrzej mnie", na scenie zobaczyliśmy aktorkę, posługującą się niezwykłym dramaturgicznym warsztatem - razem z nią śmialiśmy się i cieszyli jej szczęściem. Razem z nią przeżywaliśmy smutek rozstania i długi okres próby wyjścia na powierzchnię.
Warsztat aktorski, niezwykła oprawa muzyczna, pomysł na opowiedzenie tej historii w oparciu o historię polskiej piosenki, a przede wszystkim prawda docierająca ze sceny, pochłonęły nas bez reszty. Sięgnęliśmy do własnego życia i własnych wspomnień. Kolejne utwory przypominały nam historie naszych miłości i rozczarowań, szczęścia i bólu.

Ostatnia część spektaklu to recepta na szczęście. Jeszcze przed chwilą widzieliśmy muzyczną opowieść o historii kobiety, jednej z nas. Uniwersalną historię o miłości i zdradzie.
W finałowej części Magda Kumorek zdejmuje maskę. Podejrzewaliśmy, ale teraz już wiemy na pewno. To historia o niej i jej życiu. Zdejmuje maskę, by opowiedzieć nam o wyborze drogi, którą szła by odnaleźć siebie i swoje szczęście, by wejść w głąb siebie i poznać się lepiej. Opowiada o kursach yogi, medytacji, o drodze do oświecenia. Już nie jest aktorką,
jest jedną z nas, jest z nami, by opowiedzieć o swoim doświadczeniu i podzielić się z nami tym, czego się nauczyła. Obdarować nas częścią siebie. To ryzykowny zabieg. Teatr to konwencja. Jej złamanie i wprowadzenie prywatności na scenę nie często się udaje. Ja bardzo się tego boję i wolę pozostać do końca wciśnięty w fotel przez magię aktorskiego kunsztu i bezpiecznej konwencji.
W przypadku Magdy Kumorek zabieg ten wyszedł bardzo naturalnie. Pewnie dlatego, że zobaczyliśmy i świetną aktorkę i wrażliwą, otwartą na prawdę i poznanie Kobietę.

To było piękne, sobotnie popołudnie. Uczestniczyliśmy w pełnym wrażliwości, czułości i prawdy przedstawieniu. Zobaczyliśmy świetny warsztat aktorski i piosenkarski. Poznaliśmy bliżej kogoś, z kim chcielibyśmy się zaprzyjaźnić. Poznaliśmy Magdę Kumorek.
Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze w Brugg... Niedługo?

Jerzy Czubak

 

Magdalena Kumorek w Bruggu

Magdalena Kumorek, Jerzy Czubak

 

Fotografie: Barbara Ahrens-Młynarska.
Kliknij, by powiększyć.

Jan Peszek


Popis Mistrzowski
wybitnego aktora teatrów krakowskich - Jana Peszka.

2 kwietnia 2022

jak-jan-peszek-nie-zostal-dentysta-jak-j-mEdpH

Fotografia: Palicki/AKPA

Wikipedia: Jan Peszek >

Joanna Olczak: PUŁAPKA NA WIDZA

  
Szanowni państwo, cóż to było za spotkanie,
z panem artystą chciały zdjęcia wszystkie panie
i każdy czuł, że mu wzruszenia rosną w stóg
takie spotkanie – takie rzeczy tylko w Brugg…
  
     Wzruszenie nie jest, co prawda, najlepszym słowem do określenia tego, co wypełniło w sobotnie popołudnie salę Odeonu w Brugg, ale pasowało mi do rytmu. A właśnie słowo „rytm” jest kluczowym słowem do opisania monodramu, który mieliśmy wielkie szczęście oglądać 11 czerwca w wykonaniu Jana Peszka.
 
     „Monodram dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego” Bogusław Schaeffer, praktyk i teoretyk muzyki, napisał w latach 60-tych dla młodego, nieznanego, lecz zapowiadającego się aktora Jana Peszka. Młody adept sztuki aktorskiej przejrzał tekst liczący zaledwie 12 stron i mający formę wykładu na temat sztuki, zawierający, jak sam opowiada, bardzo ogólnikowe didaskalia i był w tak zwanej kropce.
     Kiedy muzyk pisze scenariusz (nie sztukę teatralną!) „na aktora” jakby pisał utwór muzyczny na, dajmy na to, orkiestrę kameralną, powstaje niesamowite połączenie sztuk otwierające nowe, nierozpoznane dotąd, możliwości. Aktor jako jednoosobowa orkiestra? No po prostu aktorska łatwizna. Na szczęście Schaeffer poznał Jana Peszka.
     Od tego spotkania dwóch wybitnych, a przede wszystkim nietuzinkowych, twórców rozpoczął się nowy, zaskakujący i fascynujący rozdział w polskim teatrze. Awangarda wzięła polski teatr szturmem. Od czasu premiery w 1976 Jan Peszek zagrał „Monodram…”, bagatela!, około 3 000 razy, na całym świecie, od Polski przez Japonię po … Brugg.
 
     Po raz pierwszy doznaliśmy poznawczego dysonansu, kiedy zobaczyliśmy na scenie … bądźmy szczerzy, bałagan po prostu, czyli niezliczoną ilość elementów, które na pierwszy rzut oka kompletnie do siebie nie pasują: stół, drabina, deski, torebka mąki, wiadra małe i duże, wiolonczela, młotek, piła, krzesło, rozpięta przez pół sceny żyłka.
     Po raz drugi doznajemy szoku, gdy aktor wypowiada otwierające zdanie sztuki, akademickiego suchego tekstu, a działania sceniczne są z nim kompletnie niezwiązane.
     I tu zaczyna się popis aktorskiego mistrzostwa. „Muzyka” wykonywana, przez artystę na rozlicznych sprzętach i przedmiotach zgromadzonych na scenie, muzyka konkretna, szumy, zlepy, ciągi… Jan Peszek zmaga się z rekwizytami, wykonując kolejno: ekwilibrystykę na drabinie, wyżymanie szmaty, piłowanie deski, lepienie ciasta itp. Poziom abstrakcji rośnie z każdą sceną.
     Mamy do czynienia z utworem muzycznym napisanym „na aktora instrumentalnego” czy z utworem teatralnym, który urwał się ze smyczy klasycznej sztuki?
     Mniejsza zresztą o definicję, to była po prostu jazda bez trzymanki. Żart, ironia, przechodzenie od powagi do błazeństwa, od apoteozy sztuki jako wartości wyższej do kpiny z jej oderwania od życia. Jan Peszek przekracza w swoim monodramie granice aktorstwa, a może, lepiej napisać, że po prostu twórczo je poszerza. Jest nieokiełznany i jednocześnie niesamowicie precyzyjny. A wszystkie działania odbywają się w ściśle określonych rytmach i tempie, jak w partyturze.
     Spektakl grany jest od 46 lat i jak nam powiedział artysta, nic w nim nie zmienia. Jest wierny formie. „Macie Państwo do czynienia, w pewnym sensie, z eksponatem muzealnym” – powiedział nam. Jeśli takie eksponaty znajdowałyby się w muzeach ludzie szturmowaliby je od rana do nocy.
 
     Po spektaklu mieliśmy wspaniałą okazję na spotkanie w kuluarach. Najpierw Jan Peszek opowiadał nam o nowej realizacji „Dziadów” (reż. Maja Kleczewska), spektaklu znienawidzonym przez polskie władze, o odebraniu w związku z tym Teatrowi im. Słowackiego części dotacji, próbie odwołania dyrektora Teatru, Krzysztofa Głuchowskiego. Aktor odpowiadał na pytania na temat historii powstania „Monodramu…”, pracy w teatrze, grania gościnnie w teatrze w Japonii, zdradzał tajemnice warsztatu. Na scenie oglądaliśmy wirtuoza, mistrza, którego słuchaliśmy z podziwem, poza sceną otwartego i słuchającego nas - rozmówców, człowieka.
 
     W kameralnym ogródku Odeonu sprzyjała nam pogoda, było słonecznie, ciepło, przyjaźnie.
 
     W pewnym momencie swojego monodramu Jan Peszek mówi, że tylko szaleniec może być sobą. Dzięki niemu w sobotnie popołudnie w Klubie Miłośników Żywego Słowa Barbary Młynarskiej każdy z nas mógł poczuć się sobą bez bycia posądzonymi o szaleństwo.
 
     Czyż nie na tym powinna polegać oczyszczająca i wyzwalająca rola sztuki?

Joanna Olczak

 

Jan Peszek w Bruggu

 

Fotografie: Ewa Mikołajczuk.
Kliknij, by powiększyć

 

Agnieszka Wilczyńska


 

„EMBARRAS” - recital utalentowanej wokalistki Agnieszki Wilczyńskiej.

Przy fortepianie kompozytor i pianista: Bogdan Hołownia.

2 kwietnia 2022
 
Agnieszka Wilczyńska
 
Fotografia: Weronika-Kosińska.
 
Wikipedia: Agnieszka Wilczyńska >

Marzena Mikosz: Inauguracja po raz 36-ty

 

Poranek nie był zbyt zachęcający. Po pierwszych ciepłych, wiosennych dniach, wróciła zima. Temperatura spadła, słońce się schowało, a okolicę przykryła swym stalowo-szarym płaszczem zimna mgła. Nadzieję budziła obietnica Barbary Ahrens-Młynarskiej, że 36 sezon kulturalny Klubu Miłośników Żywego Słowa będzie wyjątkowy.
36 lat, to dużo. Mniej więcej wtedy, kiedy Klub otwierał dopiero swoje drzwi, ja, dziecko jeszcze, mogłam po raz pierwszy posłuchać grania Bogdana Hołowni. Czy to magia miejsca, czy może rytm lub puls, nie wiem, ale jazz został już w mojej przestrzeni na stałe. Nie pamiętam więc, ile razy słuchałam pianisty na żywo. Zawsze dyskretny, jakby schowany za klawiaturą i nutami, a jednocześnie tak bardzo zaznaczający swoją obecność na scenie. Co ciekawe, pierwsze zgłoszenie Hołowni na warsztaty jazzowe w Chodzieży, miał wtedy już 25 lat i zakończone studia ekonomiczne, zostało przekreślona na czerwono z informacją „nie nadaje się”. A jednak nie tylko został jednym z najlepszych jazzmanów, ale również od wielu lat i przez największych nazywany jest „romantykiem fortepianu”.
Agnieszka Wilczyńska za to już w liceum śpiewała standardy jazzowe. Jak jednak wspomniała mi w wieczór przed koncertem, było to śpiewanie nieśmiałe bez specjalnej wiary w swoje umiejętności. Bez większych nadziei pojechała zdawać egzaminy na jedyny wówczas w Polsce wydział jazzu na katowickiej Akademii Muzycznej. Dostała się i tak już została na scenie zdobywając dwie złote płyty oraz statuetkę Fryderyka. Teksty dla niej pisali mistrzowie: Wojciech Młynarski, Jan Wołek, Andrzej Poniedzielski, a nawet Stanisław Tym. Teraz nie tylko występuje, ale również uczy kolejne jazzowe pokolenie improwizacji i odkrywania własnych przestrzeni muzycznych.
Program klubowego koncertu zbudowany był wokół słowa „miłość”, bardzo często w rytmie walca. Artyści sięgnęli po piosenki, które lubią i chętnie wykonują, choć, jak wspomniała Agnieszka, musieli się mocno ograniczać, by koncert nie przerodził się w maraton. Usłyszeliśmy przeboje dobrze znane, a nawet mocno związane z konkretnymi wykonawcami, jak „Walc Embarras” przypisany Irenie Santor czy „Żegnaj kotku” Hanny Banaszak i przyznaję szczerze zamarłam, kiedy wokalistka zapowiedziała napisany dla Ewy Bem utwór Młynarskiego „Gram o wszystko”. Agnieszka jednak poprowadziła frazę pewnie, w swojej własnej dynamice, wydobywając z utworu świadomość podejmowanych decyzji w grze o wysoką stawkę. Co ciekawe wokalistka w swoich sobotnich wykonaniach zatrzymywała się przed najważniejszymi momentami, ale nie dla siebie, tylko dla nas, publiczności byśmy mogli wziąć oddech i docenić to, co za chwilę zostanie wyśpiewane.
Było też kilka zaskoczeń. Bogdan Hołownia przyjechał nie tylko jako akompaniator, ale również jako kompozytor. Pianista przez lata bronił się przed tworzeniem muzyki, twierdząc, że przecież już tyle pięknych utworów powstało, dlaczego on ma udowadniać, że nie potrafi pisać. A tymczasem, artyści nie tylko zaprezentowali fragmenty przygotowanego przez duet Hołownia Wołek koncertu, ale poszli za ciosem i sięgnęli po… Barbarę Młynarską. Siedząca w pierwszym rzędzie poetka, aktorka, założycielka klubu niespodziewanie usłyszała swoje własne słowa:
 

Tego walca nie zatańczy
pan już ze mną,
bo po prostu czas upłynął,
czas nasz minął.
Ja przytyłam i nie zmieszczę się
w sukienkę,
którą tylko na ten jeden bal
kupiłam*.

 

W rytmie na trzy czwarte rozmawiali ze sobą solistka i pianista mówiąc o tęsknotach, wspomnieniach oraz pogodzeniu się z mijającym czasem i utraconymi okazjami. Czy Wojciech Młynarski to przewidział, kiedy mówił Baśce, że musi zaprosić Agniechę?

Nasza Pani Kierowniczka szczęśliwie posłuchała swojego Brata, dzięki czemu w zimowej aurze, otuleni śniegiem, mogliśmy zacząć sezon delikatnie, lirycznie, po prostu pięknie.

 

aut. Marzena Mikosz
Brugg, 2 kwietnia 2022 r.

  
*”Ten walc” z tomiku „Ślady łez”, Barbara Ahrens-Młynarska
 
 
 

Koncerty, nagrody.

 

Laureatka nagrody FRYDERYK 2016 za płytę TUTAJ MIESZKAM z nowymi tekstami Wojciecha Młynarskiego.

Nominowana do nagrody FRYDERYK 2020 - JAZZOWY ALBUM ROKU, za płytę WILCZE JAGODY- duet z Andrzejem Jagodzińskim.

Dwie Złote Płyty- POGADAJ ZE MNĄ, KRZYSZTOF KOMEDA.

W 1998r. ukończyła z wyróżnieniem studia wokalne na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach.

Od 2004 roku współpracuje z Andrzej Jagodziński Trio.

Koncertowała m. in. z: Sinfonia Varsovia, Orkiestrą Kameralną AUXO, Atom String Quartet, Toruńską Orkiestrą Kameralną, Orkiestrą Sinfonia Viva, Orkiestrą Filharmonii Narodowej w Warszawie, Polską Filharmonią Sopot, Filharmonią Lwowską, Orkiestrą MACV.

Występowała w Nowym Jorku Carnegie Hall, Chicago Symphony Center, National Concert Hall na Tajwanie, Białoruskiej Filharmonii Narodowej, Moskiewskiej Filharmonii Narodowej, Filharmonii Lwowskiej.

Od 1998 roku, przez kolejnych 9 lat wykładowca na Wydziale Jazzu i Muzyki Estradowej w Katowicach.

Obecnie wykładowca śpiewu na wydziale jazzowym w Zespole Państwowych Szkół Muzycznych im. F. Chopina w Warszawie.

W 2017 wystąpiła w filmie MŁYNARSKI- PIOSENKA FINAŁOWA (Polska Nagroda Filmowa ORŁY 2018) w reż. Alicji Albrecht.

18 i 19 września 2020 Agnieszka Wilczyńska jako solistka wystąpiła w najnowszym projekcie A. Jagodzińskiego JAZZ SEBASTIAN BACH.

Na rok 2022 zaplanowanych jest kilka kolejnych koncertów, jak również

premiera płyty REQUIEM (komp. Andrzej Jagodziński), której nagrania już się rozpoczęły.