Witam

Barbara Ahrens – Młynarska Klub Miłośników Żywego Słowa - polska kultura w Szwajcarii.

Miejsce spotkań: Cinema ODEON – Bahnhofplatz 11, 5200 Brugg AG ( naprzeciwko dworca ), Szwajcaria.

Kwiaty polskie

Englert_Scibakowna_1

Zdjęcie: Izabela Burger. Artyści: Jan Englert i Beata Ścibak-Englert

Englert_Scibakowna2

Zdjęcie: Izabela Burger. Od lewej: Maciej Malec, Bogdan Hołownia, Jan Englert, Beata Ścibak-Englert, Jerzy Czubak.


Jesienne
Kwiaty polskie

Mimozami jesień się zaczyna, złotawa, krucha i miła... - pisał Tuwim. A w Brugg jesień nam się rozpoczęła Tuwimem – i Kwiatami polskimi. Na scenie wybitni aktorzy Teatru Narodowego: Jan Englert, Beata Ścibakówna – i wielki bukiet kwiatów. - Przed nami słowa mieniące się wszystkimi barwami ojczyzny-polszczyzny - powiedziała Barbara Młynarska zapowiadając spektakl. Słowa wybitnego polskiego poety, mistrzowsko interpretowane przez wielką aktorską parę – o bukietach z kunsztem, ładem, z przewodnią myślą i układem

Kwiaty polskie Juliana Tuwima to poemat o tak różnorodnej tematyce, jak różnorodne są kwiaty wplecione w bukiet wiejskiego ogrodnika. Rezedy, róże, bzy, jaśminy, mięta... Jan Lechoń wspomina, że jesienią 1940 roku, tuż po jego wieczorze poetyckim, Tuwim, który cierpiał wtedy na niemoc twórczą, zamknął się nagle w pokoju i napisał kilkaset wersów nowego poematu. Potem przestał wychodzić z domu, nieogolony, w piżamie leżał na łóżku i pisał. Nigdy Kwiatów polskich nie ukończył, pisał je przez 13 lat, w Brazylii, Stanach Zjednoczonych i w Polsce, miał na nie wciąż mnóstwo nowych pomysłów. Dla jednych szczytowy przejaw talentu Tuwima, dla innych wyraz miotania się po politycznych i literackich bezdrożach. “Obłędne i niemądre w zamyśle fabularnym, przepiękne w dygresjach” – ocenił Słonimski. Fabuła jest prosta: wiejski ogrodnik, Ignacy Dziewierski, wychowuje samotnie wnuczkę Anielę. Jej ojciec, carski oficer Iłganow, zginął podczas tłumienia protestu proletariatu w Łodzi w 1905 roku; jej matka Zofia, córka ogrodnika, umarła przy porodzie. Dziadek przygarnia sierotę, starając się nie pamiętać, że to córka znienawidzonego Moskala. Jednak dużo ważniejsze niż historia ogrodnika są podróże sentymentalne wplecione w poemat. Dla Tuwima Kwiaty polskie były wyrazem jego tęsknoty za tą Polską, której już nie ma, która skończyła się tak, jak świat szlachecki w Panu Tadeuszu. Trzeba było dopiero wojny i emigracji, żeby “tę nieznośną ostatnio, ale poza tem najukochańszą Polskę choćby poezją odbudować” – pisał Tuwim w liście do siostry.

Jana Englerta nie trzeba nikomu przedstawiać. Mistrz kilku pokoleń aktorów i ulubieniec kilku pokoleń widzów płci obojga; charyzmatyczny aktor teatralny i filmowy, reżyser, wykładowca w Akademii Teatralnej, dyrektor Teatru Narodowego w Warszawie. Przyznać muszę ze skruchą, że o Beacie Ścibakównie myślałam do tej pory jako o żonie Jana Englerta i oczekiwałam na scenie Pigmaliona i jego Galatei, mistrza i uczennicy. Spektakl pokazał, jak bardzo się myliłam – Beata Ścibakówna jest niezwykle utalentowaną aktorką i wielką osobowością sceniczną (a tak najzupełniej po babsku, zazdrośnie, muszę jeszcze powiedzieć, że jest na dodatek prześliczna, urocza, promienna i – jak panna Aniela - giętka i wysokonoga). Nie było Pigmaliona i Galatei – był duet najwyższej klasy aktorów. Jan Englert chętnie wraca w teatrze do znanych tekstów. Przedstawienie było dla mnie dużym zaskoczeniem - że można zamknąć długi (ponad 8 tysięcy wersów) poemat w ponadgodzinnym spektaklu, nie demolując przy tym tekstu źródłowego. Nie było sfabularyzowanej, chronologicznej opowieści o Dziewierskim. Z zupełnie niescenicznego poematu powstał świetnie wyreżyserowany liryczny spektakl dygresyjny. Podróż sentymentalna, a po drodze małe stacyjki, malowane kolorem i zapachem polskich pejzaży, rozdzielane przepiękną muzyką w wykonaniu poety fortepianu, Bogdana Hołowni. Jak w knajpkach przedwojennej Warszawy rozbrzmiewały na scenie ówczesne szlagiery – Już nie zapomnisz mnie, Jesienne róże, Ostatnia niedziela, Już taki jestem, zimny drań, Pieść o matce…. Po każdym z nich zmiana nastroju – kolejny obrazek, kolejna stacyjka, przesiadka - i znowu inna melodia, inna trasa, kolejna dygresja. (A skoro mowa o dygresjach: już wiem, czego brakowało mi w wierszach Skamandrytów deklamowanych w Odeonie przez Teresę Budzisz-Krzyżanowską i Krzysztofa Wakulińskiego – takich właśnie dyskretnych przerywników muzycznych, które dopowiadają tam, gdzie słowo przestaje wystarczać.)

Na scenie zwyczajnych ludzi zwykłe dzieje. Oto prosty wiejski ogrodnik, Ignacy Dziewierski, i jego sztuka składania bukietów:

Bukiety wiejskie, jak wiadomo,
wiązane były wzwyż i stromo.
W barwach podobne do ołtarza
Kształt serca miały lub wachlarza
Albo palety.

Róże, rezedy, bzy i piwonie opisywane w poemacie to tylko pretekst do podróży w krainę dzieciństwa. Za sztachetami gęstych jambów ukrywa się w Kwiatach polskich wszystko, co dla Tuwima stanowiło apoteozę kraju utraconego. Na kwiatach z ogrodu zbudowana jest cała sieć skojarzeń. Są w poemacie wspomnienia z dzieciństwa w dymiącej kominami Łodzi, dygresje o ojcu spisującym w księgach fortuny panów fabrykantów, zadowolonych posiadaczy pałaców, banków i brylantów. Pojawiają się opowieści o beztroskich zabawach w Inowłodzu, dokąd Tuwimowie jeździli na letnisko, o Tomaszowie i miłości do Stefy (późniejszej pani Tuwimowej). Opowieść ogrodnika o kwiatach przechodzi w historię o krwawym tłumieniu rewolucji 1905 roku. Przesiadka, kolejna stacja. Warszawski taksówkarz, który wiezie śmietankie towarzyskie bez Pułaskie na majówkie. Błysk - dygresja - przesiadka. Młoda ciężarna wdowa w kondukcie pogrzebowym swojego męża, potem pląsająca boso zalotna dziewczyna z letniska, a chwilę później Aniela modląca się na grobie matki. Przesiadka. Pierwsza msza święta w wolnej już Polsce, wzruszony ogrodnik i dziewczynka przezywana Moskiewką. Poważnie, smutno, refleksyjnie, prześmiewczo – na każdej stacji inaczej. XIX-wieczna Łódź i szalona przedwojenna Warszawa. Aniela, Ignacy, Piłsudski i Wieniawa. Barwny kalejdoskop miejsc, ludzi i zdarzeń. W Inowłodzu wiruje walc, a w Łodzi ulice spływają krwią pomordowanych. Dziewczyny z warkoczami i dyngus na Piotrkowskiej, a zaraz potem tragiczny Wrzesień i upadek stolicy. Co jeszcze? – czytaj, kto ciekawy

Można opisać kwiaty, odmalować je po mistrzowsku, oddać słowem ich kształt, kolor i urok. Ale ich zapachu opisać się nie da. Jak pachnie róża? Jak pachną niezapominajki, rezedy, bzy w Ogrodzie Saskim?

A pachnie – właśnie? Jak opiszę
Woń, którą kwiat swobodnie dysze? (...)
Jakim wyrazić mam imieniem
Woń miękkiej mięty nad strumieniem? (…)
Ile słów trzeba i łamańców?
Metafor i porównań łańcuch! (…)
- I nic. A przytknąć kwiat do nosa,
Powąchać raz – i wie się wszystko.

Podobnie było ze spektaklem w Brugg. Można opowiedzieć, co się działo, zacytować fragmenty poematu, przywołać piosenki, zachwycić się warsztatem aktorskim. Ale nie da się zawrzeć w czarnych krzaczkach liter magii przedstawienia – podobnie jak nie da się opisać zapachu. Trzeba przytknąć nie tylko nos, ale też oko i ucho – i wie się wszystko...

Jan i Beata Englertowie, do spółki z Tuwimem, oczarowali mnie swym spektaklem. Tuwim zwykł mawiać o sobie, że jest rzemieślnikiem słowa. Jan Englert powtarzał w wywiadach wielokrotnie, że aktorstwo to zawód, nie misja ani posłannictwo, i że liczy się nie tylko talent i artyzm, ale przede wszystkim rzemieślniczy warsztat, na którym obrabia się słowo, gest, ruch. W Kwiatach polskich pięknie splotła się sztuka z rzemiosłem – tak poety, jak i aktorów. Usłyszeliśmy doskonale wybrane fragmenty poematu, przedstawione w mistrzowski sposób, z dbałością o każdy najmniejszy szczegół. Każda dygresja to popis scenicznego kunsztu. Wielkie wrażenie zrobił na mnie ekspresyjny, rozbuchany walc Grande Valse Brillante, gniewny i roznamiętniony jak tango, opowiadający całą historię od tańca do tragedii, od miłości do zbrodni. Zapadłam się w fotel, zasłuchałam, zaczarowałam, zaniemówiłam. Zapachniałam się słowem i muzyką, w tym samym przemodleniu i przeomdleniu, o którym pisał Tuwim. Zupełnie nie byłam jeszcze gotowa na światła, na oklaski, utknęłam gdzieś na którejś ze stacyjek. Zasiedziałabym się tak jeszcze długo, posłuchała jeszcze tych słów, co płaczą na łódzkich ulicach, idą w kondukcie pogrzebowym wraz z oficerską wdową, biegają po letnisku i przesiadują w cienistej altanie. W niedzielę, dzień po spektaklu, zagrzebałam się w starych książkach. Przecież muszę gdzieś tu je mieć, te Kwiaty polskie... Mam! Ugrzęzłam na dwa wieczory, zapadłam się znowu w Tuwimowe strofy jak w fotel w Odeonie.

Ziemi, gdy z martwych się obudzi
I brzask wolności ją ozłoci
Daj rządy mocnych, dobrych ludzi
Mocnych w mądrości i dobroci. (...)
Lecz nade wszystko - słowom naszym,
Zmienionym chytrze przez krętaczy,
Jedyność przywróć i prawdziwość...

Izabela Burger

Ślady łez


Ślady łez
Barbary Młynarskiej

Barbara Młynarska od zawsze rozmiłowana jest w słowie. Mówionym, śpiewanym, pisanym. Zanim nauczyła się czytać, miała już za sobą recytacje w Polskim Radiu. Pamięć ma przepastną. Podejrzewam, że zna na wyrywki całego Gałczyńskiego, całego Wyspiańskiego, przynajmniej połowę Tuwima i kilka sążnistych antologii innych poetów. Pierwszy swój wiersz napisała, gdy “mnąc serwetki, czekała w Piwnicy Wandy Warskiej na kogoś, na próżno”*. Potem długo pisała do szuflady. Po latach wydała zbiorek poezji Dzikie łubiny, kilka wierszy umieściła też w swojej książce pt. Zielnik rodzinny. Do części jej utworów Włodzimierz Nahorny skomponował muzykę. Powstało kilka muzycznych spektakli telewizyjnych w wykonaniu autorki i jej przyjaciółek – Magdaleny Zawadzkiej, Łucji Prus, Grażyny Barszczewskiej i Ewy Wiśniewskiej. A Basia dalej pisała do szuflady. Czytała mi często swoje wiersze, pochowane w różnych książkach, na kartkach powpinanych w segregatory - rękopisy, maszynopisy, kartki, karteluszki. - Daj mi ten wiersz o pokrzywach – poprosiłam ją kiedyś. - Dam ci. Kiedyś ci dam. Ale jeszcze nie teraz – odpowiedziała z szelmowskim uśmiechem – Kiedyś to wszystko zbiorę...

I zebrała. W niedzielę 3 września 2017 r. odbyło się w Brugg spotkanie promujące najnowszy tomik poezji Barbary Młynarskiej pt. Ślady łez. Dwadzieścia sześć wierszy, każdy jak medalion, na pamiątkę - dwadzieścia sześć śladów łez zamkniętych w małej, pięknie wydanej książeczce, z rysunkami Moniki Jurkiewicz. – Ten tomik to podróż w pamięć, podróż we wrażliwość i do głębi serca – powiedział Jerzy Czubak. W sali recepcyjnej Odeonu na podłodze liście kasztana i świece, przy fortepianie Jerzy Husar, a na pluszowej kanapce – Poetka.

Zbiorek Ślady łez to wiersze ważne i odważne. Ważne – bo znaczone łzami, czekaniem, smutkiem, żalem. Odważne – bo każdy z nich opowiada o tym, co się zdarzyło. Prawdziwe łzy z samego dna szuflady, które Basia wydeklamowała światu. To takie małe wiersze jesienne, miniaturowe jesienne sytuacje liryczne, malowane impresjonistycznymi pociągnięciami pędzla. Błyski flesza – zdjęcia utrwalone pod powiekami – listy, liście, listopady i jesienne remanenty:

Uprzątnijmy zeschłe liście
spod jabłoni i spod grusz.
Jutro będzie już za późno,
jutro się nie sprzątnie już.
Zeschłe liście... pierwsze listy,
że na pewno i że tak,
pachną bzem, jaśminem, fiołkiem
i łez mają jeszcze ślad…

(“Przesłanie”)

Ślady łez to wiersze o pożegnaniach. Odeszło dzieciństwo z podrapanymi kolanami, bzy kwitnące w ogrodzie i potargana młodość w czarnym kapeluszu. Zaskrzypiała furtka w rodzinnym domu, błysnęła w kufrze suknia z pierwszego balu. Nic wielkiego się nie stało, nie rozpętała się żadna burza, świat trwa dalej. Ktoś napisał list – albo go nie napisał. Ktoś powiedział parę ważnych słów - lub nie dał rady ich powiedzieć. Ktoś popatrzył w oczy o ułamek sekundy za długo. Ktoś zaistniał na krótko i odszedł. Ktoś odkrył w lustrze pierwsze zmarszczki. Zaszeleściły liście pod stopami, przeszedł Baj po ścianie. Obrazy ludzi, za którymi się biegło i tych, którym pozwoliło się odejść. Zwykłe okruchy codzienności-niecodzienności. Bo to takie pożegnania, które muszą nadejść i z którymi musimy się godzić. Są smutne, znaczone ścieżkami łez, ale nie ma w nich rozpaczy. Jeden sen odchodzi, by zrobić miejsce drugiemu. Kończy się jesień, ale zaraz po niej rozpoczyna się kolejna...

Róż nasuszymy.
W piecu napalimy,
ale będzie jesień.
Chleba z miodem zjemy,
mlekiem popijemy.
Październik to, czy wrzesień?

Z nami dola – niedola.
Za nami drogi szmat.
Ktoś nas kocha nie kocha
Ktoś z nami za pan brat
Szara smutku przyczyna...
Tęsknota pajęczyna.

(„Tęsknota pajęczyna“)

Słowa mają kolor. Te ze Śladów łez są ciemnożółte. Basia najbardziej lubi jesień - cała jest jesienna. Jej jesień – i jej słowa – są złote, bursztynowe, jarzębinowe, pachną astrami i herbatą z miodem, szeleszczą jak liście na kołnierzu. Nie ma mgły i posępnych, burych wieczorów. Swoją porę roku każdy nosi w sobie. Nie lubię jesieni, ale słowa słyszę w kolorach i na kolorowo je czytam. Cały tomik jest zółty. Wierszy się nie pisze – wiersze się komponuje z dźwięków, smaków i barw. Układa sie je w bukiety, wtyka się w nie słowa jak słoneczniki, nawłocie i jesienne liście, sprawia się, że pachną i szeleszczą. I takie właśnie są Ślady łez Barbary Młynarskiej. W jej bukiecie znalazły się również przepiękne rysunki Moniki Jurkiewicz. Gdzie same słowa nie dały rady, tam Monika dołożyła do bukietu swoje kwiatki i dokończyła historie opowiedziane przez poetkę. Rysunki też są niedopowiedziane, zakute w niemym smutku, jak gdyby naszkicowane z pamięci, szybko, żeby uchronić przed zapomnieniem. Może to maska i uczucia przykryte listopadem. Może pierwszy pocałunek, a może ostatni. Może wszystko się skończyło, zanim się zaczęło. Może ta jesień wszystkiemu winna, diabły jesienne, te liście, listy, listopady..? Zarówno w słowie, jak i w rysunku tętni erotyzm, ale nie taki rozbuchany i oczywisty; raczej subtelna, podskórna zmysłowość. Zdarzyło się albo zaledwie mogło się zdarzyć… W tle muzyka Jerzego Husara, jego własne kompozycje, przygotowane specjalnie na ten wieczór. Dyskretnie połączył w jedno wszystkie konwencje jazzowe, walca, bluesa, swinga, dołożył rodzime rytmy i malwy w ogródku, przeplótł to cytatami muzycznymi (Piosenka starych kochanków, Martwe liście i My way) i doskonale odgadł, co tam Basi w duszy gra. Taka podróż muzyczna w czas dzieciństwa i młodości. A czas goni, a czas goni...

Wiersze Barbary Młynarskiej przywiodły mi na myśl romantyczne ballady, melancholijne ludowe zaśpiewy i wczesne wiersze Marii Pawlikowskiej–Jasnorzewskiej, o której Julian Tuwim napisał: „Na łąkę wychodzisz nocą po kwitnące słowa, tajne czynisz praktyki, aby pachniały ambrą i lawendą“**... Obie mają w sobie tę sama delikatność i refleksyjność. Pawlikowska jest niebiesko-fioletowa, Basia złoto-żółta, ale są z tej samej epoki, rozbrzmiewają tą samą subtelnością i muzyką pierwszego balu. „Dotknęłam Pana jak motyl egretą. Przepraszam, to było niechcący…“ Czasem mam wrażenie, że Barbara Młynarska urodziła się za późno, spóźniła się o całą epokę i ze swoją wrażliwością Maryni Połanieckiej zabłądzila przypadkiem gdzieś w XXI wieku:

Nic się niby, nic przecież nie stało.
A ja myślę, że stało się wiele.
Jak to panu powiedzieć najprościej?
Może kiedyś się indziej ośmielę?
Może wtedy się przyznam... inaczej,
spojrzę w szare, siwo-szare oczy pana...
Słowo daję nie stchórzę. Przyrzekam…
Przegadamy noc całą do rana.

(„Kasztan“)

Na lekcjach z teorii literatury wkłada nam się do głowy (jako i ja moim uczniom wkładałam), że podmiot liryczny to fikcyjna osoba wypowiadająca w wierszu swoje emocje i nie można go utożsamiać z autorem. W przypadku zbiorku Ślady łez – można i należy. Bo tu podmiot liryczny i autor to jedna osoba – Barbara Młynarska. Każdy jej wiersz ma swoją historię, w każdym z nich tkwią prawdziwe – choć niewymienione z nazwiska – osoby. Na starych fotografiach w albumie Basi - furtka przy rodzinnym domu i dziewczynka z podrapanymi kolanami. Na zdjęciach Edwarda Hartwiga z 1968 r. Basia w czarnym kapeluszu – włosy blond, niebieskie oczy, marzeń chmara… Szuflady Barbary Młynarskiej są pełne wspomnień. Ślady łez to liryczny album z pamiątkami z samego dna tych szuflad.

Ostatni wiersz w tomie, zamykający cykl życiowych rozstań, to bardzo wzruszające pożegnanie z Bratem:

Powędrował po niebiosach
o zachodzie
Szedł po łąkach, po niebieskich.
Brnął po wodzie.
W kieszeń wetknął trochę marzeń
i wspomnienia...
Furtkę winem obrośniętą,
której nie ma.

(“Upomniały się niebiosa o poetę“)

Bukiet kwiatów od Jerzego Czubaka dla Basi też był żółty. Ze słonecznikami i nawłocią, bo jakże by inaczej. Ciepły jak początek września i pachnący jak chleb z miodem. Cicho, cichutko, cichuteńko – jesień się rozpoczyna…

Izabela Burger

*ze wstępu Barbary Wachowicz do Zielnika rodzinnego, Warszawa 1998, s.13

**Julian Tuwim, Do Marii Pawlikowskiej