Witam

Barbara Ahrens – Młynarska Klub Miłośników Żywego Słowa – polska kultura w Szwajcarii.

Miejsce spotkań: Cinema ODEON – Bahnhofplatz 11, 5200 Brugg AG ( naprzeciwko dworca ), Szwajcaria.

KMZS 2017 Jurkiewicz

Fot. I. Burger

Kabaret-to-czy-co-innego

Wisława Szymborska stanęła ponoć kiedyś do konkursu na najlepszą interpretację jednego ze swoich wierszy. Wypadła kiepsko. Mówiąc językiem nadchodzących Mistrzostw Świata – nie wyszła z grupy. Nie zrozumiała widać dostatecznie dobrze, co podmiot liryczny chciał powiedzieć w utworze. I tym jest właśnie sztuka – idzie do ludzi i żyje swoim życiem. Co odbiorca w niej zobaczy, usłyszy, poczuje, niekoniecznie musi zgadzać się z tym, co twórca chciał wyrazić. Dzieło jest pretekstem, każdy widzi w nim co innego. Spytałam paru znajomych, co widzą na rysunku Moniki Jurkiewicz. Miłość, serce, oddech. Sen, marzenie, krwiobieg. Dwie lustrzane twarze, smutek i pocałunek. Wspólne przemijanie, zmarszczki, Chopin i harfa. Suche jesienne liście zwinięte w ogniu. Ilu odbiorców, tyle interpretacji – lub wręcz nadinterpretacji. Ja widzę kontury Polski. Naddarta ta Polska nieco od góry, poorana bliznami, ale wciąż cała – i choć wokół czarno, to przecież jedno mocne serce pod spodem. Na wszelki wypadek nie pytam Moniki, czy zgadza się z tymi wizjami i nie wiem, co tak naprawdę autorka miała na myśli. Niech tam sobie będzie, że to taka moja nadinterpretacja. Niech sztuka żyje sama i niech każdy widzi w niej to, co sam zechce – od tego jest sztuką. Tegoroczne jubileuszowe serce, zaprojektowane i wykonane przez Monikę Jurkiewicz, to nasz klub w miniaturze. Co tam komu w duszy gra…

Gośćmi galowego wieczoru byli Artur Andrus i Andrzej Poniedzielski, czyli nasi klubowi recydywiści. Na scenie w Brugg występowali już kilkakrotnie, solo i w towarzystwie – ale nigdy razem. Dziś przed nami Kabaret-to-czy-coś-innego (w skrócie Kabaretto), wieczór literacko-satyryczny, czyli pogaduchy obu panów na tematy życiowe i okoliczne. Artur Andrus – dziennikarz, multimedialny komentator rzeczywistości, artysta kabaretowy, poeta, konferansjer. Złotousty zbieracz nietypowych ogłoszeń, absurdalnych nagłówków, poeta ulotny i wielce zaczepny, mistrz gier słownych i błyskotliwych skojarzeń. Andrzej Poniedzielski – artysta uniwersalny: poeta, aktor, pieśniarz, żongler słowa i nastroju. Obaj różnią się od siebie tak, jak różni się picie w Spale od spania w Pile. Dwie biegunowo odmienne osobowości sceniczne, różne temperamenty, różna estetyka i poczucie humoru. Na scenie towarzyszą im muzycy – Wojciech Stec i Łukasz Borowiecki. Zostajemy uprzedzeni, że za wesoło być nie może, wnosząc ze składu…

Nie ukrywam, że moim zdecydowanym faworytem w tym duecie był Andrzej Poniedzielski. Za wszystko. Za absurdalne, często czarne poczucie humoru, za Cohenowską niespieszną elegancję słowa i cierpką melancholię. Za całą jego wykwintną dekadencję. A przede wszystkim – za strofę, która tłucze mi się po głowie od czasów studenckich – Zęby wyleczę, włosy uczeszę, inaczej spojrzę na życie. Palenie rzucę i nigdy nie wrócę w stanie wskazującym na spożycie… To, co po niemiecku określa się jako Weltschmerz, mierzyliśmy wtedy w poniedzielskich. Ilość jednostek określała głebokość doła. Jeden poniedzielski to zwykła chandra, dziesięć poniedzielskich to kliniczna depresja. Fenomen Andrzeja Poniedzielskiego polega przede wszystkim na niepowtarzalnym talencie łączenia żartu z zadumą. Wzrok ma wbity w czubki swoich butów i wydawałoby się, że cały czas stara się ograniczyć wydawane z siebie dźwięki do niezbędnego minimum. Słów używa w sposób niespecjalnie rozdokazywany, jest bowiem poetą esencjonalnym i humorystą, jak to sam określa, zdecydowanie nienachalnym. W przeciwieństwie do Poniedzielskiego, który nie wie, po której stronie znicza spędzi kolejne Zaduszki, Artur Andrus podnosi poziom optymizmu na scenie. Ma niebywałą zdolność dostrzegania niezwykłego w zwykłym, czy to w dialogu z Poniedzielskim, czy w śpiewanych przez siebie piosenkach. A śpiewa chętnie – w dzieciństwie chciał zostać Eleni, uważa, że głos ma niezły i ruszać się potrafi z gracją, choć jego interlokutor uznaje taniec za próbę usankcjonowania aktu zawracania dolnych części ciała. Repertuar ma różnorodny – śpiewa pieśni patriotyczne i ułańskie, współczesne żurawiejki (które mylą mu się czasem ze sławojkami), szanty narciarskie, chorwackie hity z wczesnych lat 70. i rock bizantyjski. Choreografię do swoich występów opracowuje sam, choć zdarza mu się traktować instruktażowo tureckie teledyski. Cyniczne córy Zurychu to utwór, który – jeśli wierzyć artyście – zatrząsł polską i turecką sceną muzyczną. Andrus odkrywa nowe znaczenia znanych słów, dodaje im melodii – jakże niewiele trzeba polszczyźnie, żeby brzmiała jak czeski, turecki czy francuski. Jeśli dodać to tego wdzięczny pląs i stylową oprawę muzyczną (brawa dla Łukasza Borowieckiego i Wojciecha Steca) – mamy gotowy hit, który szturmem zdobędzie listy przebojów tureckiego lub chorwackiego Disco-Relax. Że nie wspomnę już o charyzmie radośnie rozpląsanego wykonawcy…

Piosenki Andrzeja Poniedzielskiego są inne. Powściągliwe jak on sam i jak on sam słodko-gorzkie, w różnych odcieniach czerni i z wielką dawką dystansu do świata i samego siebie. – Dziwne to piosenki – mówi Poniedzielski – ja je piszę i one są wesołe. Ja je czytam – a one nie są. Snuje w nich filozoficzne rozważania o upływie czasu, o życiu, śmierci i odzyskiwaniu fosforanu amonowego – powoli, melancholijnie, jak gdyby na przekór pędzacemu światu i uśmiechniętemu Andrusowi. Jak się nie ma, co się lubi, to nie lubi się i tego, co się ma… Były również wspomnienia o Jego Inteligencji Wojciechu Księciu Młynarskim i specjalna piosenka ku Jego pamięci – Moje ulubione drzewo. Stanisław Przybyszewski ma dla mnie od zawsze twarz i głos Andrzeja Poniedzielskiego. Bo bardziej niż artystów, którzy mnie rozśmieszają, kocham artystów, którzy zmuszają mnie do zadumy. I jak tu nie wracać do domu w stanie wskazującym na (spo)życie?

Wieczór kabaretowy Andrusa i Poniedzielskiego przywiódł mi na myśl spotkania Kabaretu Starszych Panów. Ten sam dystans do życia i siebie samego, ta sama życzliwość – bez wbijania szpil i zaczepek politycznych. Nie ma zjadliwej satyry, ani krztyny wulgarności czy błaznowania. Są za to wysublimowane, doskonałe literacko teksty i świetne dialogi, w dużej mierze improwizowane. Rzeczywistość, nawet jeśli nie zawsze łaskawa, to w kabarecie jest ujarzmiona i oswojona, a przynajmniej celnie spuentowana. Dobre polskie kabarety można dziś policzyć na palcach (moim zdaniem na trzech palcach). Skądś wzięło się przekonanie, że do tego, żeby było śmiesznie, konieczny jest przyciasny sweterek, przykrótkie (ewentualnie przydługie) spodnie i wada wymowy. Kabaretto w wykonaniu Andrusa i Poniedzielskiego to śmiały krok w kierunku inteligentnego kabaretu literackiego. Niby nic wielkiego – dialog, monolog, wiersz, piosenka, jeden poeta esencjonalny i jeden poeta wylewny. Inteligentny humor nie potrzebuje przykrótkich spodni. Obaj panowie reprezentują starą szkołę dobrego smaku kabaretowego, gdzie artysta nie musi robić z siebie durnia, żeby rozśmieszyć publiczność.

31. sezon artystyczny w Klubie Miłośników Żywego Słowa dobiegł końca. To był specjalny sezon, pełen pożegnań i powrotów. Przed nami – jak zwykła mawiać Magda Umer – pół roku mroku. Byle do wiosny!

Izabela Burger