Archiwum: rok 2026

 2026  2025  2024  2023  2022  2021  2020  2019  2018  2017  2016  2015  2014  2013  2012  2011  2010  2009  2008  2007  2006  2005  2004  2003  2002  2001  2000  1999  1998  1997  1996  1995  1994  1993  1992  1991  1990  1989  1988  1987  1986

Rok 2026 - XXXX sezon artystyczny

Barbara Ahrens-Młynarska, Zbigniew Zamachowski, Gabriela Muskała, Roman Hudaszek

 
Spektakl Galowy tylko dla członkiń i członków Klubu.

Barbara Ahrens - Młynarska
Zbigniew Zamachowski
Gabriela Muskała
Roman Hudaszek

mieli zaszczyt zaprosić na

Opowieść o Wojciechu Młynarskim
"Tak jak malował pan W.M."
 

 
12 września 2026
 
wystep artystow na scenie KMZS w Bruggu
 

Zbigniew Zamachowski

Strona internetowa Zbigniewa Zamachowskiego -->
Zbigniew Zamachowski na facebooku -->
Zbigniew Zamachowski na Wikipedii -->
 

Gabriela Muskała

aktorka, scenarzystka, dramatopisarka i reżyserka. Urodziła się w Kłodzku - jest Honorową Obywatelką tego miasta. Absolwentka i wykładowczyni łódzkiej Szkoły Filmowej. Grała w teatrach łódzkich i warszawskich. Od 2019 związana z Teatrem Narodowym w Warszawie.
Laureatka wielu prestiżowych nagród i wyróżnień, w tym czterech teatralnych Złotych Masek, I nagrody na Festiwalu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, filmowego Orła, nagrody aktorskiej na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni czy Srebrnego Medalu Zasłużony Kulturze - Gloria Artis.
Uznanie i popularność przyniosły jej m.in. role w filmach: „Fuga” A. Smoczyńskiej, „7 uczuć” M. Koterskiego, „Moje córki krowy” K. Dębskiej, „Wymyk” G. Zglinskiego i w jego nagrodzonej na Festiwalu Filmowym w Wenecji (2004 r.) "Całej zimie bez ognia”, a także w serialach „Londyńczycy”, „Głęboka woda”, „Królestwo kobiet” czy ostatnio „Skazana” i „Aniela”.
Premiera „Fugi”, do której Muskała napisała scenariusz (nagrodzony Orłem w kategorii „odkrycie roku”) , miała miejsce na Festiwalu Filmowym w Cannes w 2018 roku, a za rolę Alicji, głównej bohaterki filmu, Gabriela Muskała została nagrodzona m.in. na Festiwalu Avant Garden w Atenach, Cinergia w Łodzi i Off Camera w Krakowie. Jest współautorką kilku cenionych i wystawianych w Polsce i za granicą sztuk teatralnych, m.in„Podróż do Buenos Aires” czy „Daily Soup”.
W ubiegłym roku po raz piąty nominowana do najważniejszej, polskiej nagrody filmowej ORZEŁ, w kategorii „Odkrycie Roku”, za reżyserię swojego debiutanckiego filmu pt. „Błazny”, do którego również napisała scenariusz.

Gabriela Muskała na Instagramie -->
Gabriela Muskała na facebooku -->
Gabriela Muskała w Teatrze Narodowym -->
 

Roman Hudaszek

Kompozytor i aranżer, pianista, artysta muzyk, pedagog. Urodzony w Myślenicach, obecnie woj. Małopolskie. Wychował się w rodzinie z muzycznymi zainteresowaniami. Ukończył Państwowe Liceum Muzyczne w Krakowie w klasie organów. W 1976 roku wystąpił z rodziną w programie telewizyjnym Studia 2 „Muzykujące rodziny”. W 1979 roku rozpoczął zawodowo pracę muzyka; został kierownikiem muzycznym grupy wokalnej „Familia”, dla której komponował i aranżował repertuar, z którą odbywał sesje nagraniowe i występował na konkursach i festiwalach muzycznych w kraju i zagranicą. W roku 1983 ukończył studia w Akademii Muzycznej w Katowicach na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, kierunek kompozycja i aranżaqcja. W następnych latach pracy zawodowej prowadził grupę ‘Familia” oraz był kierownikiem muzycznym programów estradowych. Współpracował z wieloma wokalistami polskiej sceny muzycznej, m.in. Ireną Santor, Krystyną Prońko, Renatą Danel a także z Orkiestrą PR i TV Katowice Jerzego Miliana, z czeskim Big Bandem Gustawa Broma, z Orkiestrą Zbigniewa Górnego oraz Big Bandem Aleksandra Maliszewskiego.

W latach 1987-1988 prowadził zespół instrumentalny w recitalu Zbigniewa Wodeckiego i Zdzisławy Sośnickiej, który był prezentowany zarówno w kraju jak i zagranicą /USA, Kanada/. Prowadził również zespoły instrumentalne, współpracując z Ireną Jarocką, Andrzejem Rybińskim, Bogusławem Mecem, Elżbietą Adamiak i innymi artystami polskiej sceny muzycznej.
Od roku 1992 rozpoczyna działalność pedagogiczną; w latach 1992- 97 pracował na Wydziale Jazzu Akademii Muzycznej w Katowicach na stanowisku młodszego wykładowcy. W okresie 1992-2008 pracował jako instruktor muzyczny w Nyskim Domu Kultury, gdzie założył i prowadził Nyskie Studio Piosenki. Był współzałożycielem i prowadzącym Młodzieżowy Teatr Muzyczny „Fantazja. Od 1992 do 1994 roku w Margoninie /woj. Wielkopolskie/ prowadził wakacyjne ogólnopolskie warsztaty wokalne, które odbywały się pod patronatem Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego. W latach 1993-2007 był dyrektorem artystycznym Ogólnopolskiego Festiwalu Piosenki Dziecięcej i Młodzieżowej w Chodzieży. Podczas festiwalu prowadził warsztaty wokalne. W latach 2006-2015 prowadził klasę wokalną Ogólnopolskich Warsztatów Muzycznych w Chodzieży.
Od 1995 roku rozpoczyna współpracę z polską sceną kabaretową, m.in. z Rudim Schuberthem, z reżyserem Krzysztofem Jaślarem, Grupą MoCarta oraz kabaretem Elita. Był także kierownikiem muzycznym kabaretowych programów estradowych i telewizyjnych. Od 2005 roku pracuje w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Nysie, w której założył i nadal prowadzi Akademicką Scenę Muzyczną. W 2007 roku rozpoczął współpracę z polskimi aktorami w ramach recitalu „Przyjaciółki”, z Katarzyną Jamróz, Katarzyną Zielińską oraz Grupą MoCarta. Od 2008 roku nawiązuje współpracę z warszawskim Teatrem Syrena i prowadzi zespoły wokalne i instrumentalne w spektaklach: Powróćmy jak za dawnych lat, Zamach na MoCarta, Śpiewnik Pana Wasowskiego /współpraca z chórem Uniwersytetu Warszawskiego/, Dzieci z Bullerbyn.Od 2011 roku jest kierownikiem muzycznym i pianistą w recitalu Zbigniewa Zamachowskiego. Aranżował utwory z repertuaru aktora m.in. dla Filharmonii Krakowskiej, Filharmonii w Łomży, Orkiestry Collegium F w Poznaniu oraz Filharmonii Częstochowskiej. Od 2015 roku współpracuje z warszawskim teatrem „Capitol”, będąc kierownikiem muzycznym i prowadząc zespół instrumentalny w spektaklu „ZUP 2 – Rozstania i powroty”. W 2018 roku uczestniczył z Grupą MoCarta w nagraniach do recitalu Katarzyny Pakosińskiej /Teatr Kamienica w Warszawie/.
Od 2005 roku jest członkiem Stowarzyszenia Autorów i Kompozytorów ZAiKS. Skomponował muzykę do piosenek dla wielu polskich artystów, m.in. Ireny Santor, Zdzisławy Sośnickiej, Zbigniewa Wodeckiego, Zbigniewa Zamachowskiego, współpracując z Jonaszem Koftą, Wojciechem Młynarskim, Justyną Holm i innymi. W roku 1996 został wyróżniony Odznaką Honorową „ Za Zasługi Dla Miasta Chodzieży”, w roku 2013 Honorowym Orderem Zasług dla Powiatu Nyskiego „Promereor” oraz w 2018 roku Medalem Komisji Edukacji Narodowej.
W roku 2008 uczestniczył w tworzeniu Instytutu Jazzu Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Nysie. W 2015 roku powołany na stanowisko zastępcy dyrektora Instytutu Jazzu a od września 2020 roku na dziekana Wydziału Jazzu.

Izabela Burger: „Tak jak malował pan W.M.”

 

Czterdzieści lat temu udało się pierwszy raz. – Siostro, tylko żeby to wszystko miało poziom i sens – prosił Basię wtedy Wojciech Młynarski. Miało być skromnie, w małym gronie i na chwilę. Gdy Gustaw Holoubek inaugurował działalność Klubu w 1986 roku, nikt nie wiedział, czy drugi raz też się uda. Udało się – potem trzeci, czwarty, Polska, swoi, własne łzy... Dłużej nie miało prawa się udawać, bo takie ulotne byty żyją przecież krótko. Nikt – ani Gustaw Holoubek, ani Barbara Młynarska – nie uwierzyliby wtedy, że zaczynają wielkie dzieło, które po czterdziestu latach ani myśli zostać dziełem skończonym.

12 września 2026 roku Klub Miłośników Żywego Słowa zaprosił na najbardziej osobisty wieczór w historii. Takiego spektaklu jeszcze tu nie było. Towarzyszyło mu specjalne wydarzenie: Ambasador RP, pan Marek Prawda, w imieniu Premiera RP, odznaczył Barbarę Ahrens-Młynarską i Jerzego Czubaka Odznaką Honorową za Zasługi dla Polonii i Polaków za Granicą. Piękna biało-czerwona róża z orłem - nikt bardziej niż ci dwoje na nią nie zasłużył. Wiele jest klubów polonijnych na świecie, ale takiego jak w Brugg nie ma nigdzie indziej. Nie dały mu rady zmiany ustrojów, kryzysy, inflacje ani pandemie. Czterdzieści lat bez awarii, bez przestojów, bez jednego pustego sezonu. Dużo padło ze sceny słów odświętnych, mniej lub bardziej oficjalnych, ale tak samo serdecznych. - My wszyscy jesteśmy z Wojtka Młynarskiego - powiedział Ambasador RP, pan Marek Prawda. Były gratulacje, przemówienia, podziękowania, kwiaty, laurki i laudacja, czyli wszystko to, co przystoi poważnemu (wszak już czterdziestoletniemu!) Jubilatowi.

– Wojtek jest tu dzisiaj z nami – powiedziała na wstępie Barbara. Ja też jestem pewna, że przysiadł, słuchał, po swojemu unosił brew i sprawdzał, czy gramy wszystko tak, jak należy. Wiadomo – albowiem gala czy nie gala, autor się zawsze do wszystkiego wtrąca...

To nie miał być ani koncert, ani recital benefisowy, ani nawet spektakl - To miała być malowana słowem, muzyką i sercem opowieść. Tego popołudnia w Brugg malowało się Młynarskim, śpiewało Młynarskim, uśmiechało się i płakało Młynarskim. - Szanowni Państwo, oto projekt całkiem nowy! – zawołał gdzieś z góry głos Wielkiego Nieobecnego. Do malowania świata słowa nadają się równie dobrze jak paleta farb. Tak jak malował pan W.M. – a on malował tym szczególnym rodzajem słów, które oprócz treści mają również kolor i fakturę.

Barbara długo zastanawiała się, komu powierzyć udział w tym specjalnym wydarzeniu. Teksty Pana W.M. śpiewało i recytowało tak wielu artystów, że łatwiej byłoby wymienić tych, którzy tego nie robili. Nie chodziło o to, żeby zaprosić kogoś, kto odśpiewa kilka piosenek ze swojego dyżurnego repertuaru i wygłosi z jubileuszową powagą parę okrągłych formułek o tym, że Młynarski wielkim poetą był. To miała być jej opowieść o kimś, kogo znała inaczej niż cała reszta świata. Młynarski miał szczęście do wykonawców, ale Zamachowskiemu Jego słowo jakby szczególnie dobrze leżało. Do udziału w swojej opowieści zaprosiła więc Zbigniewa Zamachowskiego i Gabrielę Muskałę, i jest pewna, że Brat pochwaliłby jej wybór. Długo pracowali nad tym spektaklem, przerzucali się tekstami i pomysłami, wyrzucali jedno, dokładali drugie. Efektem ich pracy jest szczególna i bardzo osobista opowieść o tym, że zanim Młynarski stał się TYM Młynarskim, był po prostu Wojtkiem z Komorowa.

- Dobry wieczór Paniom, dobry wieczór Panom! – rozpoczął Wojciech Młynarski galowy koncert  „Nastroje” w Opolu w 1977 roku. Nasz jubileuszowy spektakl, poświęcony Jego pamięci, rozpoczął się tak samo. – Dobry wieczór Paniom, dobry wieczór Panom! – Wielki Nieobecny zabrzmiał ze sceny i już jej tego dnia nie opuścił. Na dobry początek światowa premiera! – piosenka w wykonaniu Zbigniewa Zamachowskiego, przygotowana specjalnie na nasz dzisiejszy jubileusz. Piosenka o Wojtku i dla Wojtka, rozpoczynająca się słowami, którymi od lat Młynarski witał publiczność w swoich śpiewanych felietonach  –  Miłe Panie i Panowie bardzo mili. I już, odtajały i rozplotły się Pleciugi...

Choć przez większość życia dzieliły ich setki kilometrów, to jednak dużo więcej ich łączyło. Rozumieli się w pół słowa. Była siostrą, powierniczką i adresatką Jego wierszy. - Gdy miał mi coś ważnego do powiedzenia, pisał mi wiersz – opowiada. Zbierała te wiersze od najmłodszych lat. Niektóre przechowuje na pożółkłych kartkach, bo Wojtek maili nie uznawał, inne cytuje z głowy, czyli z niczego. Wychowali się w domu dziadków Zdziechowskich w Komorowie, w wielopokoleniowej rodzinie z artystycznymi tradycjami. Wszyscy grali, pisali, śpiewali, malowali. A małe Młynarszczaki chłonęły wszystko zza kotary w salonie. Nic więc dziwnego, że Basia już w przedszkolu organizowala Małe Mazowsze, rozstawiała koleżanki po kątach i ustrojona w uszyte przez babcię skrzydła Archanioła Gabriela przydzielała przedszkolakom role w jasełkach. Wojtek, św. Józef w dziadkowym szlafroku, stukał laską w podłogę i złościł się na fałszujące aniołki. Układał wiersze zanim jeszcze nauczył się pisać. W szkole - ku utrapieniu nauczycieli - organizował kabaret, pisał kupleciki, skecze i parodie. Uwielbiał kisiel i galaretki owocowe, które wyłudzał w barze mlecznym za wierszyki pisane na poczekaniu na serwetkach. Wspomnienia z dzieciństwa wracają błyskami, zapachami, zdaniem zasłyszanym przy stole, piosenką śpiewaną przez komorowskie panny kuchenne.  Na opowieść Tak jak malowal pan W.M. złożyły się wspomnienia Barbary, fragmenty niepublikowanych wierszy Wojtka, zabazgrane kartki, zeszyty szkolne i wyrwane strony z książek; jest wśród nich wzruszający wierszyk wpisany przez 8-letniego Wojtka do pamiętnika Basi, poemat heroikomiczny 11-latka o rodzinnej wyprawie do Jastrzębiej Góry i ballada o bardzie, co wszystkie babki miał we wzgardzie. Były też pierwsze wiersze zakochanego licealisty. Wręczał je ukochanej wraz ze zmiętymi fiołkami kupionymi za pieniądze wyproszone od młodszej siostry. Do tej pierwszej miłości wracał w wierszach i poematach przez całe życie.

I piosenki, oczywiście piosenki! –  bo jak mówić o Młynarskim bez piosenek?

Zbigniew Zamachowski udowodnił dziś kolejny raz, że jest jednym z najlepszych interpretatorów piosenki aktorskiej. Kto pamięta Baranka – ach! – sprzed dwóch lat, na pewno się ze mną zgodzi. – Szanowni Państwo, coż to była za piosenka! - ucieszył sie Głos na górze.

Wojciech Młynarski twierdził, że piosenka aktorska to taka piosenka, w której aktor udaje, że śpiewa. Nikt na tej scenie tak dobrze jak Zamachowski nie udawał, że śpiewa. Tym razem bez gitary, cymbałów, okaryn i dzwonków, ale za to z Romanem Hudaszkiem przy fortepianie – i z głosem, gestem, poczuciem humoru i całą swoją zwykłością-niezwykłością. Miałam wrażenie, że Zamachowski przez kilka minut pomieszkuje w tekście każdej wykonywanej piosenki i dzięki temu ta historia dzieje się naprawdę – słowo staje się ciałem, tu i teraz, na oczach i uszach widza. W jakiś magiczny sposób tworzy piosenkę na nowo – i za każdym razem wygląda to tak, jakby sam słyszał ją po raz pierwszy. Każde słowo, każda fraza i gest mają swoje miejsce, temperaturę i ciężar – muszą się stać i wybrzmieć. Nie spieszy się, nie pędzi do puenty, tylko do niej dojrzewa. Nie trzeba mocniej ani głośniej – ale trzeba prawdziwie. Wie, gdzie podbiec, gdzie zawisnąć. Barbara powtarza, że nie wystarczy zaśpiewać  – trzeba jeszcze wiedzieć po co i w jakiej sprawie się śpiewa. Zamachowski wykonuje teksty Młynarskiego od lat – a raczej od lat pozwala im się dziać obok niego - i doskonale wie, po co i w jakiej sprawie im na to pozwala. Zadziały się zatem na scenie piosenki śpiewane przez kilka pokoleń artystów i kochane przez kilka pokoleń publiczności - Bynajmniej, Nie ma jak u mamy, La valse du mal. W każdej z nich pomieszkuje na nowo i na nowo je stwarza – a robi to z bezpretensjonalnym urokiem chłopaka z sąsiedztwa i charyzmą wielkiego artysty. – Szanowni Państwo bili brawo co sił w rękach! – mruknęło coś na górze głosem Młynarskiego.

Najbardziej zachwycił mnie roztańczony chasyd w piosence, która za każdym razem mnie boli

- Tak jak malowal pan Chagall. – Gdybym wystawiała Anatewkę, obsadziłabym Zbyszka w roli

Tevje Mleczarza – skomentowała Basia. A potem, jakby znikąd, weszła na scenę Gabriela Muskała – weszła, świat na chwilę zwolnił, zaśpiewała przepięknie epilog pt. Tak jak malował pan W.M.  – i została. Przysiedli przy stolikach, gadali o starym dobrym znajomym, wspominali, śpiewali, deklamowali. We wspomnienia wpleciony był poemat Wojciecha Młynarskiego, napisany przez Niego jako konferansjerka koncertowa do płyty Pogadaj ze mną – swoisty artystyczny testament Wojtka i Jego lekarstwo na całe zło:

A to lekarstwo, Przyjaciele, To, by dniem jasnym, nocą ciemną, Z serdecznym zwracać się apelem.

Ten apel brzmi – pogadaj ze mną.

Więc gadali - tak jak sobie tego Wojtek życzył. Gadali z nim i gadali ze sobą. Konferansjerka przeleżała w szufladzie u Basi przez kilkanaście lat, nigdy nie była opublikowana ani nagrana i w końcu doczekała się godnej premiery. Nie ścigali się, nie przerzucali anegdotami i nie trzymali sztywno scenariusza. Takiego Młynarskiego jeszcze nikt nie słyszał.

Gabriela Muskała gościła w Klubie po raz pierwszy. Aktorka wszechstronna - gra w filmie i teatrze, pisze dramaty i scenariusze, reżyseruje. Wyznała, że na scenie nie śpiewała od 29 lat, ale dla nas wykonała kilka piosenek (m.in. Lubię wrony, Spóźniłam się na mój ślub) – pięknie, wzruszająco, ciepło. Przygotowała również niespodziankę – piosenkę Ten walc z tekstem Barbary i muzyką Włodzimierza Nohornego. – Ona ma w oczach takie samo światło, jakie miał Wojtek – mówi Basia – i tę intensywność patrzenia na człowieka, przez człowieka i za człowieka. Kobieca, liryczna, ale bez patosu i niepotrzebnych póz, cudownie interpretująca słowo – czy to śpiew, czy deklamacja, czy  parlando na muzyce. A na koniec, w duecie ze Zbyszkiem, nagrodzeni owacjami na stojąco, z humorem, werwą i przytupem odśpiewali danie lekko wprawdzie odgrzewane, ale premierowe – piosenkę specjalnie dla Pani Kierowniczki Po co Basię denerwować, niech się Basia cieszy. Oj, cieszyła się Kierowniczka, cieszyła!

Takiego spektaklu nie było jeszcze ani w Brugg ani nigdzie indziej – i pewnie nigdy już nie będzie (obym się myliła, ale o tym na razie cicho sza!). Światła zgasły, sala opustoszała, a Młynarski w nas został. – I większość pań w słowiańskich oczach miała łzy – przeleciał mi w głowie Głos. Jeśli Wielki Brat rzeczywiście był z nami tego dnia (albowiem gala czy nie gala...) to jestem przekonana, że Mu się podobało!

Na zakończenie, na dobranoc, na tę Niezupełnie Późną Jesień i na wszystkie kolejne pory roku wyjątkowe życzenia od Poety-Konferansjera:

A ja na Państwa poklask liczę 

Dodając morał – choćby słaby

Z całego serca Państwu życzę

Choć raz podobnej szaby-daby!

Ja także serdecznie Państwu tego życzę, na co dzień i od święta – nieustającej szaby–daby, od której się w głowie i w brzuchu kręci. I sobie, sobie rownież – na spleen, frustracje i oddech nierówny!  Bo cóż warte życie bez tlenu i bez szaby-daby...

Izabela Burger

 

Miłe Panie i Panowie bardzo mili (2026)

 

Miłe Panie i Panowie bardzo mili;

żył raz sobie w Komorowie chłopak młody

Włos na jeża, goleń chuda, A malował takie cuda,

że klękajcie przed nim dziś wszystkie narody.

Panie Wojtku, wciąż w nas żyją Twe obrazki:

Ten basista, co się w Krysi kochał skrycie,

Śledź w śmietanie, Panna Hela,

Dworzec Główny co niedziela

I to życie, które kocha się nad życie.

Nie opuszczaj nas, Wasza Inteligencjo!

Nucę sobie, nucę Twoje strofy wieszcze

Te dziewczyny z Komorowa

Ta Powrotna Bossa Nova

Co by jeszcze tu, Panowie – co by jeszcze...?

Jeszcze się tam, Panie Wojtku, żagiel bieli

A mnie co dnia Pański koncept ze snu budzi:

Mieć marzenia nieskończone,

Robić swoje, grać w zielone,

żyć do przodu, absolutnie, gnać do ludzi!

Izabela Burger, 2026

 

Odznaki Honorowe za zasługi dla Polonii i Polaków za Granicą


Odznaki Honorowe za zasługi dla Polonii i Polaków za Granicą dla Barbary Ahrens-Młynarskiej i Jerzego Czubaka przekazane przez Ambasadora Rzeczypospolitej Polskiej w Konfederacji Szwajcarskiej i Księstwie Lichtensteinu Marka Prawdę.

Kliknij, by powiększyć.
Fotografie: Leonard Burger (1,2,3,4) Kamil Jellonek (5)
 


Barbara Ahrens-Młynarska, Zbigniew Zamachowski, Gabriela Muskała, Roman Hudaszek

Kliknij, by powiększyć.
Fotografie: Kamil Jellonek (2,12,15), Leonard Burger (1,3-11,13,14)
 


Kliknij, by powiększyć.
Fotografie: Kamil Jellonek (1-9), Leonard Burger (10)

 

TV Polonia 24

 


9.7.2026

Link

do rozmowy dotyczącej Gali Jubileuszowej 40-lecia Klubu Miłośników Żywego Słowa
z udziałem Zbigniewa Zamachowskiego i moim, emitowany przez
Telewizję POLONIA 24.
Zapraszam do obejrzenia.
Wasza Basia Ahrens Młynarska
pani kierowniczka.
 

12.9.2026

Link

do reportażu z Gali Jubileuszowej 40-lecia Klubu Miłośników Żywego Słowa

„Tak jak malował pan W.M.”
emitowany przez
Telewizję POLONIA 24.
Zapraszam do obejrzenia.
Wasza Basia Ahrens Młynarska
pani kierowniczka.

Jan Peszek



Jan Peszek

„Portret artysty z czasów starości”.
Zbiór najważniejszych scen ze spektaklu „Minetti, portret artysty z czasów starości” Th. Bernhardta.

Reżyseria: Andrzej Domalik

13 czerwca 2026


Jan Peszek | Fotografia: Krzysztof Opaliński

Wikipedia: Jan Peszek -->

„Portret artysty z czasów starości”

 
Aktor Doskonale Skuteczny

Wstał przed świtem. Starzy ludzie często wstają przed świtem, jak gdyby szkoda im było czasu na sen. Ostatni dzień roku. Od 30 lat czekał, aż ta chwila dojrzeje. Umył twarz w lodowatej wodzie i długo patrzył sobie w lustrze w oczy, które pamiętały dawne zwycięstwa i późniejsze upokorzenia. Oczy Króla Leara. Tak musiał wyglądać Król Lear. Mocnym głosem wygłosił do lustra kwestię, którą powtarzał temu samemu lustru codziennie od 30 lat. Szekspir lepiej porządkuje świat niż czcze rozmyślania. Ostatni dzień roku. Dziś teatr sobie o nim przypomni. – Teatr ma dobrą pamięć - powtarzał sobie – musi mieć, inaczej przestałby być teatrem. Publiczność zapomina szybko, dyrektorzy jeszcze szybciej, ale teatr pamięta. Mocno w to wierzył.

Zaczął od butów, bo zawsze uważał, że klasę człowieka ocenia się po butach. Porządne, z koźlej skóry, wprawdzie mocno juz znoszone i zdarte na szwach, ale dobra jakość czasu się nie boi. Wyjął pudełko podeschniętego lekko szuwaksu i szczotkę z prawdziwego włosia. Dawno już nie pastował butów, ale dziś był przecież ten dzień. Otworzył szafę, w której wisiały ubrania z innego życia. Długo strzepywał kurz z garnituru szytego po premierze w Wiedniu. Płaszcz zamówiony u najlepszego krawca w Berlinie za honorarium z pierwszej dużej nagrody. Porządny, dwurzędowy, z wielbłądziej wełny i guzikami z rogu. Materiał był już gdzieniegdzie wytarty, podszewka wystrzępiona, w powietrzu rozszedł się zapach naftaliny, ale czas nie odebrał ubraniom godności. Jemu również nie.

Mankiety koszuli na dwa palce spod marynarki – dwa; nie mniej i nie więcej. – Dyrektor zwraca uwagę na szczegóły  – powiedział do siebie znad żelazka, zaprasowując kant spodni. Aktor nie wychodzi do teatru byle jak, nawet jeśli teatr chwilowo o nim zapomniał. Kamizelka, tak, koniecznie kamizelka. Goniec lub garderobiany może sobie nosić marynarkę bez kamizelki, ale wielki aktor nie świeci guzikami koszuli - pomyślał wiążąc krawat w podwójny węzeł. Sękate palce odwykły już od tej czynności, ale full-windsor musiał być idealny. Nawet jeśli świat przestał zwracać uwagę na takie szczegóły, to aktor z klasą nie ma prawa ich lekceważyć.

Z pawlacza pod schodami wyciągnął stary kufer z okuciami, zakurzony i sfatygowany. Dobra, ręczna, austriacka robota – pomyślał - takich okuć już dzisiaj nie robią. W kufrze miał wszystko to, co ocalił z poprzedniego życia. Wygładził poły płaszcza, poprawił krawat, wyprostował plecy i sam sobie wydał się wyższy. Sięgnął jeszcze po kapelusz i stary parasol z wygiętą hebanową rączką. Kiedyś nosił je po premierach w teatrach, których już nie było - dziś wydawały mu sie równie eleganckie jak wtedy.  W lustrze zobaczył człowieka, któremu zabrano władzę i dwór, lecz nie zabrano głosu ani godności.

On, Minetti, wychodzi na scenę po utracie wszystkiego. Jak Król Lear.

- Jeszcze raz – powiedział do siebie – Jeszcze tylko ten jeden sezon.

Tamtego poranka nie było na scenie. Nikt go nie widział. Stał sobie gdzieś z boku sceny i sam mi się jakoś zmyślił, dopowiedział, dowyobrażał. Najwięksi aktorzy przynoszą ze sobą na scenę nie tylko to, co na niej widać i słychać, ale również przeczucie tego, co wydarzyło się przedtem – lub zaledwie mogło się wydarzyć. Takim aktorem jest właśnie Minetti i takim aktorem jest Jan Peszek – dokładnie nie wiadomo, gdzie kończy się pierwszy z nich, a gdzie zaczyna drugi. Gdzie kończy się to, co rzeczywiście było na scenie, a gdzie zaczyna to, co się tylko wydawało. Bo po to jest teatr, żeby zawsze księżyc w misce widzieć...

Na scenie była tylko ciemność. Potem zjawia się na niej elegancki starszy pan, nieco staromodny, ale plecy proste, głos mocny, głowa wysoko. Stary Aktor, gotowy na spotkanie z dyrektorem teatru i na rolę, na którą czeka od 30 lat. Dramat Thomasa Bernharda pt. Minetti. Portret artysty z czasów starości, wystawiany od lat na deskach Teatru Polonia, dzieje się w noc sylwestrową. W roli Minettiego – Jan Peszek. Pełna obsada aktorska, scenografia, rekwizyty, tańczące pary, obsługa hotelowa, za oknem huk fajerwerków. W Odeonie były tylko gołe deski sceny, czarna pusta głębia i on jeden. Specjalnie z okazji wizyty w Brugg spektakl Teatru Polonia został przez Jana Peszka przearanżowany na monodram – zbiór najważniejszych monologów z dramatu. Przyznam, że obawiałam się nieco tego pomysłu, bo byli już w Klubie goście, deklarujący spektakle specjalne, przygotowane wyłącznie na tę jedną, jedyną galę klubową - które okazywały się później naprędce skleconą kompilacją przypadkowych fragmentów poematu lub zwykłą zbieraniną piosenek z kilku recitali. Jan Peszek doskonale wywiązał się z obietnicy stworzenia zupełnie nowego monodramu. Stanął na scenie Odeonu sam –  Stary Aktor z kufrem i zamkniętym w nim przebrzmiałym życiem. Księżyc w misce zamigotał i na scenie zrobiło się gęsto od ludzi, upiorów z przeszłości i odgłosów sylwestrowej fety.

Różne były spektakle w Odeonie i z różnymi uczuciami wstawałam z fotela. Raz było smutno i refleksyjnie, coś zabolało, podłubało palcem w niezagojonym - a raz miło i ciepło jak pod kaszmirowym kocykiem. Gdy zgasły światła po ostatnich słowach Minettiego, po raz pierwszy ogarnął mnie niewyobrażalny żal. Taki ogromny, przejmujący do żywej tkanki ŻAL – o te nadaremno wypastowane znoszone buty, starannie zawiązany krawat i o te ostatnie pieniądze wydane na bilet do Flensburga. Jak można najokrutniej zadrwić z człowieka? – trzeba dać mu Nadzieję... Widzę sękate dłonie równo składające pożółkłe wycinki prasowe i wyciągające codziennie z walizki maskę Króla Leara. Stoi przed nami stary człowiek – kiedyś bogaty, sławny i podziwiany, dziś odrzucony, wypchnięty ze sztuki, wyszydzony. W niesławie odszedł z teatru, ale wciąż ma nadzieję w sławie do niego powrócić – jak szekspirowski Król Lear. Miasto świętuje Nowy Rok, w hotelu rozbrzemiewa skoczna muzyka, za oknem fajerwerki, a Stary Aktor czeka – w tym swoim niemodnym surducie i mankietami na dwa palce, w płaszczu pamiętającym czasy świetności - i nie widzi, że na niego nie czeka nikt. Czy wie, że dyrektor nie przyjdzie?  „Ludzie są tylko po to, żeby się wzajemnie wystawiać do wiatru”. Teatr obiecał mu nieśmiertelność, a potem wyrzucił stare afisze do piwnicy. Jeszcze długo po wstaniu z fotela dusi mnie żal. Nie tak miało być.

Po spektaklu już wiem, ze płaszcz Starego Aktora był, owszem, z wielbłądziej wełny, ale bez namniejszych przetarć. Sfatygowaną podszewkę i zdarte buty zobaczyłam w swojej tylko własnej misce. Jeśli teatr to iluzja i hipnoza, to Mistrz Peszek jest genialnie sprawnym iluzjonistą i hipnotyzerem, a ja wyjątkowo podatna na tę iluzję i hipnozę, bo głowę dałabym, że widziałam na scenie przetarte mankiety i czułam zapach naftaliny. Ugrzęzłam między tym, co rzeczywiście było – a tym, co mogłoby być. Wszystkim się zdawało, że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało... ile w tym spektaklu powiedział Minetti, a ile dośpiewało mi echo..?

Tylko najwięksi aktorzy potrafią również otworzyć drzwi do tego, co się wydarzy, gdy już światła na scenie zgasną. Jan Peszek też to potrafi. Gdy byłam dzieckiem i zaczynałam przygodę z czytaniem, nurtowało mnie pytanie, co robi bohater książki w czasie, kiedy jej nie czytam. Co zrobi, jeśli jej nie skończę? Może dam radę powstrzymać złe zakończenie, jeśli nie doczytam do końca? Bo jeśli nie doczytam, to złe się nie wydarzy... Lubię mysleć, że Minetti nie umarł; że zasnął, znieruchomiał na chwilę na krześle, może zemdlał. Że spóźniony dyrektor dotarł na spotkanie i docenił Starego Aktora i jego maskę, czekających na swoją Ostatnią Premierę. Lubię dobre zakończenia. Moja miska i mój księżyc.

Zaraz po spektaklu spotykamy się jeszcze raz w sali recepcyjnej Odeonu. Jan Peszek jest uroczym gawędziarzem i chętnie opowiada o wszystkim: o dzieciach, pracy i o upływie czasu. Starość go nie dotyczy, nie godzi się na nią i uważa, że dopadnie go ona dopiero wtedy, gdy się zatrzyma. Dlatego wciąż pracuje, podróżuje, gra w teatrze, w filmie, uczy młodych aktorów. Ma wrażenie, że dzięki scenie żyje bezkarnie życiem zwielokrotnionym. Doskonale czuje się w klasycznym teatralnym repertuarze i ceni sobie pracę z uznanymi twórcami filmowymi, ale czuje się dzieckiem awangardy – szuka, eksperymentuje, prowokuje. Lubi pracować z reżyserami awangardowymi, którzy idą nieco w poprzek uświęconych tradycją kanonów. Nie boi się dziwności. Lubi absurd i ekstrawagancję, ma rogatą duszę wywrotowca i zamiast podążać wydeptaną ścieżką woli prowokować widza do myślenia. Zresztą uważa, że nieważne, czy forma jest klasyczna czy awangardowa i czy aktor jest błaznem czy filozofem; musi być przede wszystkim skuteczny. To daje mu władzę nad emocjami publiczności. Jeśli uda mu się sprawić, że widz zapomina, że jest w teatrze – jest aktorem skutecznym. Mój żal o wypastowane buty i zapach naftaliny były najlepszym dowodem na doskonałą skuteczność Peszka.

Zgadzam się z tym, co napisał Wojciech Młynarski w jednym ze swoich śpiewanych felietonów pt. Wzorzec – że aktorów polskich wzorzec jest w Krakowie. I mimo że Jan Peszek otwarcie mówi, że woli warszawskie teatry i warszawską publiczność, to słychac, widać, i bez lupy, że jest aktorem na wskroś krakowskim. A jako że takich aktorów nie ma już w ogóle albo jest ich niewielu, to należy natychmiast umieścić Peszka w gablocie, wraz z rogatywką oraz piórkiem – niech służy przyszłym pokoleniom aktorów jako wzorzec, jak w Sèvres pod Paryżem. Miłe Panie i Panowie bardzo mili, tak wygląda Skuteczny Aktor Doskonały. Idźże, idźże, bajoku...

– Basia wychowała sobie publiczność – powiedział niedawno Zbigniew Zamachowski w wywiadzie dla Polonii 24 na temat wrześniowej gali w Klubie. Dodałabym jeszcze, że kolejne już pokolenie publiczności uczy się u Basi, czym jest Kultura Wysoka. Przyszła na spektakl pewna dziewczyna, młoda i śliczna, klubowe secondo, urodzona i wychowana lokalnie. Nazwisko Peszek kojarzyła głównie z Marią-Awarią i netflixowym serialem, a na spektakl przyszła, bo w szkole omawiali dramat Bernharda w oryginalnej, niemieckiej wersji, więc zechciała usłyszeć to z prawdziwej sceny. Przyjechała tylko na spektakl, nie, niestety, na spotkaniu z aktorem nie zostanie, wraca już–teraz–zaraz, pierwszym pociągiem, bo zaczynają się Mistrzostwa Świata, umówiła się ze znajomymi, będą oglądać mecz i kibicować Szwajcarii. Na chwilkę tylko sobie przysiądzie, ale zaraz biegnie na pociąg. Przysiadła. Po pierwszych zdaniach Peszka stwierdziła, że pociąg nie zając i że pojedzie następnym. Potem jeszcze następnym. I następnym.... – Mecz? Jaki mecz?

I na tym właśnie polega magia Peszka i skuteczność jego aktorstwa; że człowiek zapomina o wszystkim i sam nie wie, czy to jeszcze Wojski, czy już echo. Jan Peszek nie boi się trudnych ról – gejów, alkoholików, morderców, zboczeńców. Za największy komplement uznaje to, że ktoś go w tłumie opluje za rolę pedofila - bo to właśnie potwierdza, że jest aktorem skutecznym.

Albo gdy ktoś nabazgrze na plakacie z jego zdjęciem „Pedał”.

Albo to, że ktoś przegapi pociąg. I kolejny pociąg też przegapi. I kolejny...

Izabela Burger

Jan Peszek w Brugg


Kliknij, by powiększyć.

Fotografie: Marta Steinke (2, 3, 8), Kamil Jellonek (1, 4, 5, 6, 7, 9, 10, 11, 12, 13)

Prezydent Aleksander Kwaśniewski


Inauguracja XXXX sezonu artystycznego.

Jarosław Kurski zaprasza na spotkanie z Prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim.

7 marca 2026




Fot. Marek Szczepański
Aleksander Kwaśniewski na Wikipedii -->


JAREK KURSKI
 
03.10.2017 Warszawa.
Gazeta Wyborcza, Redaktor naczelny Jarosław Kurski.
Fot. Michał Mutor / Agencja Gazeta
 
Jarosław Kurski na Wikipedii -->

Jarosław Kurski zaprasza na spotkanie z Prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim

 
Prezydent Aleksander Kwaśniewski: Następcy mi się nie udali.

Gdybym mogła cofnąć czas do połowy lat 90., byłabym dziś pewnie zupełnie kimś innym i zupełnie gdzie indziej. Ale w pierwszych wyborach prezydenckich, w których brałam udział jako pełnoletnia obywatelka zagłosowałabym tak samo: na Europę. Wprawdzie inna ta dzisiejsza Europa niż ją sobie wtedy wyobrażałam, ale i tak nigdzie się z niej nie wybieram.Jubileuszowy 40. sezon Klubu Miłośników Żywego Słowa rozpoczęliśmy szczególnym spotkaniem. Naszym gościem był Aleksander Kwaśniewski, Prezydent RP w latach 1995-2005, lider i współtwórca Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Nie da się opowiedzieć historii Polski bez rozdziału o Aleksandrze Kwaśniewskim. Gdyby nie mdliło go od zapachu lizolu, byłby dziś pewnie kolejnym lekarzem w rodzinie. Zamiast tego został czarną owcą - jedynym w rodzinie byłym prezydentem. Mimo że po wyborach prezydenckich w 1995 roku Polska przecierała oczy ze zdumienia (Kwaśniewski? Ten były komunista? Prezydentem?), to drugą kadencję swojej prezydentury, która wtedy jeszcze się w Polsce wymyślała, kończył jako jeden z najbardziej lubionych i cenionych polityków w kraju. Wprowadził Polskę do NATO i Unii Europejskiej, jest współautorem Konstytucji i weteranem Okrągłego Stołu. Dla jednych jest symbolem stabilności, kultury politycznej i dialogu ponad podziałami, inni uważają go za aparatczyka, koniunkturalistę, wypominają mu przynależność do PZPR i kontrowersyjną karierę cudownego dziecka w okresie PRL. - Najpierw byłem komunistą, potem byłem postkomunistą, a potem to już nie wiem, kim byłem – mówi o sobie. Wciąż należy do najbardziej rozpoznawalnych na świecie Polaków, choć wycofał się już z polityki i uważa się bardziej za dyplomatę, publicystę i wnikliwego obserwatora współczesnego świata.

Pierwszy gość Klubu, który wszedł na scenę zanim jeszcze Barbara Młynarska zdążyła go zapowiedzieć. Tak zwyczajnie, bez świateł i czerwonych dywanów. Jarosława Kurskiego, prowadzącego spotkanie z Panem Prezydentem, również nie trzeba było przedstawiać – skoro kilka razy wyrwało mu się „U nas w Klubie”, to bardziej już z niego stały bywalec i przyjaciel Klubu niż gość.

Panowie swobodnie zasiedli na scenie i sprawiali wrażenie, jakby spotkanie w Klubie cieszyło ich przynajmniej tak samo, jak Klubowiczów. Ot, pogaduchy starych znajomych przy filiżance kawy – sobotnie popołudnie, bez pośpiechu. - Rozpoczynamy spektakl dwóch dziadersów - uroczo ostrzegł Jarosław Kurski - będziemy się Państwu podlizywać, ale tylko trochę.

Rozmawiają życzliwie i bardzo osobiście. Znają się od lat. Jarosław Kurski przyznaje, że już we wczesnej (bardzo wczesnej!) młodości jego ideałem kobiety i archetypem seksu była druhna Jola. Spokojnie, bez nerwów, to jest dopiero wstęp... Prowadziła wtedy drużynę zuchową, do której należeli obaj bracia Kurscy. Mąż druhny Joli z uśmiechem kwituje – no cóż, sukces wychowawczy odniosła zatem połowiczny...

Rozmowa była o wszystkim. Bez układności, sztywnego trzymania się scenariusza i unikania niewygodnych pytań. Prezydent Kwaśniewski opowiada o swoim wstąpieniu do PZPR, o początkach w polityce i kulisach przemian po roku 1989. Wspomina wielopokoleniowy dom rodzinny w Białogardzie, w którym słuchało się radia Wolna Europa, o korzeniach wileńskich i babci antykomunistce, której słowa, jakimi określała komunistów, nie nadają się do powtórzenia. Nauka przychodziła mu łatwo. - Dobry Bóg dał naszemu tacie rozliczne talenty, w tym również ten do języków. A myśmy oboje go z Olkiem odziedziczyli – mówi mi potem pani Małgorzata, siostra Prezydenta, od lat zamieszkała w Szwajcarii. Prezydent Kwaśniewski języków uczył się szczególnie chętnie i uważa, że ich znajomość leczy z kompleksów i otwiera świat. Po 3 miesiącach pobytu w Szwecji wyjaśniał kolegom po szwedzku zawiłości teorii Marksa. Ponoć zrozumieli. Wspomina swoje pierwsze podróże – zarówno te do demoludów, jak i te za żelazną kurtynę. W 1976 roku (na długo przed AIDS, terroryzmem, Trumpem i resztą katastrof) zakochał się w Ameryce, ale zawsze podróżował z biletem w obie strony. O emigracji nie myślał nigdy. Do dziś chętnie podróżuje, sporą część roku spędza w Szwajcarii.

Prezydent Kwaśniewski dużo mówił o obecnej sytuacji politycznej w Polsce. Nie ukrywał swoich sympatii politycznych ani poparcia udzielonemu swojemu kandydatowi na prezydenta. O swoich poprzednikach na tym stanowisku mówi z szacunkiem; o następcach natomiast – no cóż, nie wszyscy mi się udali. Przeraża go wizja coraz bardziej podzielonej Polski, ale mocno wierzy w wygraną sił postępowych w następnych wyborach. W piłkę nożną grał na lewym skrzydle, strzelał lewą nogą, serce ma po lewej stronie – więc marzy mu się silna Lewica, taka jak ta, której był liderem i współtwórcą.

Obserwuje nie tylko to, co się dzieje w Polsce, analizuje też światową scenę polityczną. W ostatnich latach świat przypomina gigantyczną scenę koncertu życzeń dwóch gigantów - Wielkiej Ameryki i Wielkiej Rosji. Narcyz i Wampir. Jeden rozwrzeszczany i rozkochany w sobie, głodny świateł, podziwu i strachu mediów, grający według ustalanych i dowolnie zmienianych przez siebie zasad. Drugi – pozornie spokojny, zagarniający podstępnie i krok po kroku osaczający upatrzoną ofiarę. Jeden przyciąga uwagę, drugi ją wykorzystuje. Jeden wywołuje chaos, drugi w nim działa. I tak bawią się giganci światem, niszcząc przy tym wszystkie standardy i niepodważalne do tej pory bazy demokracji. Mnie nie wolno? – Mnie??? – To patrz! Ten koncert to nie harmonia – to dysonans. Wciąż jeszcze grają razem – ale jak długo? Historia już pokazała, że taki koncert każdorazowo kończy się wojną światową.

W 1997 roku Prezydent Kwaśniewski przyznał Barbarze Młynarskiej Krzyż Kawalerski – za zasługi dla kultury polskiej. Z tej okazji dostała również wierszowane gratulacje od brata Wojciecha:

Basiu! Koncept mnie goni niczym rumak ułański
Że działać dla Polonii to jest często Krzyż Pański.
Ślę Ci więc na odległość dumny uścisk braterski
Że oto do Pańskiego dochodzi Kawalerski!

Od tamtej pory minęło prawie 30 lat; końca tego Krzyża Pańskiego – Bogu dzięki! - nie widać, życzymy zatem kolejnego Kawalerskiego na osłodę. Jak już będzie normalnie, jak już wreszcie uda się Kwaśniewskiemu któryś z jego następców. Zawirował cały świat, będziemy...

W Klubie nie ma polityki. Klub nie jest po to, żeby polaryzować czy rozliczać z sympatii politycznych. Niech się gdzie indziej biorą za łby, agitują i debatują. Zaśpiewało mi w głowie Młynarskim o śledziu w śmietanie – że przecież Jeszcze na szczęście prócz polityki jest kilka innych spraw... Klub jest po to, żeby pokazać, że za największym nawet nazwiskiem z tytułami stoi Człowiek, mniej lub bardziej sympatyczny. W przypadku Aleksandra Kwaśniewskiego – zdecydowanie bardziej. Erudyta z ogromną wiedzą o świecie i niezwykłą klasą, która nie przytłacza, a przyciąga. Jeśli ktokolwiek na polskiej scenie politycznej zasługuje na miano rasowego męża stanu, to jest to przede wszystkim Aleksander Kwaśniewski.

- A rasa szła przed nim, i za nim, i obok niego, i kładła mu się na piersi jak wierny pies – podsumowała spotkanie Kierowniczka Klubu słowami Magdaleny Samozwaniec.

- Przeszliśmy do historii! – powiedział Jarosław Kurski na pożegnanie z Klubem. A nie mówiłam? - My - czyli Klub!

Izabela Burger



Prezydent Aleksander Kwaśniewski w Brugg

Kliknij, by powiększyć.
Fotografie: Bernadetta Domańska (1, 2, 3, 6, 8, 16, 17), Kamil Jellonek (4, 5, 7, 9, 10, 11, 12, 13, 14, 15), Krzysztof Rogala (18, 19).