„Portret artysty z czasów starości”
Aktor Doskonale Skuteczny
Wstał przed świtem. Starzy ludzie często wstają przed świtem, jak gdyby szkoda im było czasu na sen. Ostatni dzień roku. Od 30 lat czekał, aż ta chwila dojrzeje. Umył twarz w lodowatej wodzie i długo patrzył sobie w lustrze w oczy, które pamiętały dawne zwycięstwa i późniejsze upokorzenia. Oczy Króla Leara. Tak musiał wyglądać Król Lear. Mocnym głosem wygłosił do lustra kwestię, którą powtarzał temu samemu lustru codziennie od 30 lat. Szekspir lepiej porządkuje świat niż czcze rozmyślania. Ostatni dzień roku. Dziś teatr sobie o nim przypomni. – Teatr ma dobrą pamięć - powtarzał sobie – musi mieć, inaczej przestałby być teatrem. Publiczność zapomina szybko, dyrektorzy jeszcze szybciej, ale teatr pamięta. Mocno w to wierzył.
Zaczął od butów, bo zawsze uważał, że klasę człowieka ocenia się po butach. Porządne, z koźlej skóry, wprawdzie mocno juz znoszone i zdarte na szwach, ale dobra jakość czasu się nie boi. Wyjął pudełko podeschniętego lekko szuwaksu i szczotkę z prawdziwego włosia. Dawno już nie pastował butów, ale dziś był przecież ten dzień. Otworzył szafę, w której wisiały ubrania z innego życia. Długo strzepywał kurz z garnituru szytego po premierze w Wiedniu. Płaszcz zamówiony u najlepszego krawca w Berlinie za honorarium z pierwszej dużej nagrody. Porządny, dwurzędowy, z wielbłądziej wełny i guzikami z rogu. Materiał był już gdzieniegdzie wytarty, podszewka wystrzępiona, w powietrzu rozszedł się zapach naftaliny, ale czas nie odebrał ubraniom godności. Jemu również nie.
Mankiety koszuli na dwa palce spod marynarki – dwa; nie mniej i nie więcej. – Dyrektor zwraca uwagę na szczegóły – powiedział do siebie znad żelazka, zaprasowując kant spodni. Aktor nie wychodzi do teatru byle jak, nawet jeśli teatr chwilowo o nim zapomniał. Kamizelka, tak, koniecznie kamizelka. Goniec lub garderobiany może sobie nosić marynarkę bez kamizelki, ale wielki aktor nie świeci guzikami koszuli - pomyślał wiążąc krawat w podwójny węzeł. Sękate palce odwykły już od tej czynności, ale full-windsor musiał być idealny. Nawet jeśli świat przestał zwracać uwagę na takie szczegóły, to aktor z klasą nie ma prawa ich lekceważyć.
Z pawlacza pod schodami wyciągnął stary kufer z okuciami, zakurzony i sfatygowany. Dobra, ręczna, austriacka robota – pomyślał - takich okuć już dzisiaj nie robią. W kufrze miał wszystko to, co ocalił z poprzedniego życia. Wygładził poły płaszcza, poprawił krawat, wyprostował plecy i sam sobie wydał się wyższy. Sięgnął jeszcze po kapelusz i stary parasol z wygiętą hebanową rączką. Kiedyś nosił je po premierach w teatrach, których już nie było - dziś wydawały mu sie równie eleganckie jak wtedy. W lustrze zobaczył człowieka, któremu zabrano władzę i dwór, lecz nie zabrano głosu ani godności.
On, Minetti, wychodzi na scenę po utracie wszystkiego. Jak Król Lear.
- Jeszcze raz – powiedział do siebie – Jeszcze tylko ten jeden sezon.
Tamtego poranka nie było na scenie. Nikt go nie widział. Stał sobie gdzieś z boku sceny i sam mi się jakoś zmyślił, dopowiedział, dowyobrażał. Najwięksi aktorzy przynoszą ze sobą na scenę nie tylko to, co na niej widać i słychać, ale również przeczucie tego, co wydarzyło się przedtem – lub zaledwie mogło się wydarzyć. Takim aktorem jest właśnie Minetti i takim aktorem jest Jan Peszek – dokładnie nie wiadomo, gdzie kończy się pierwszy z nich, a gdzie zaczyna drugi. Gdzie kończy się to, co rzeczywiście było na scenie, a gdzie zaczyna to, co się tylko wydawało. Bo po to jest teatr, żeby zawsze księżyc w misce widzieć...
Na scenie była tylko ciemność. Potem zjawia się na niej elegancki starszy pan, nieco staromodny, ale plecy proste, głos mocny, głowa wysoko. Stary Aktor, gotowy na spotkanie z dyrektorem teatru i na rolę, na którą czeka od 30 lat. Dramat Thomasa Bernharda pt. Minetti. Portret artysty z czasów starości, wystawiany od lat na deskach Teatru Polonia, dzieje się w noc sylwestrową. W roli Minettiego – Jan Peszek. Pełna obsada aktorska, scenografia, rekwizyty, tańczące pary, obsługa hotelowa, za oknem huk fajerwerków. W Odeonie były tylko gołe deski sceny, czarna pusta głębia i on jeden. Specjalnie z okazji wizyty w Brugg spektakl Teatru Polonia został przez Jana Peszka przearanżowany na monodram – zbiór najważniejszych monologów z dramatu. Przyznam, że obawiałam się nieco tego pomysłu, bo byli już w Klubie goście, deklarujący spektakle specjalne, przygotowane wyłącznie na tę jedną, jedyną galę klubową - które okazywały się później naprędce skleconą kompilacją przypadkowych fragmentów poematu lub zwykłą zbieraniną piosenek z kilku recitali. Jan Peszek doskonale wywiązał się z obietnicy stworzenia zupełnie nowego monodramu. Stanął na scenie Odeonu sam – Stary Aktor z kufrem i zamkniętym w nim przebrzmiałym życiem. Księżyc w misce zamigotał i na scenie zrobiło się gęsto od ludzi, upiorów z przeszłości i odgłosów sylwestrowej fety.
Różne były spektakle w Odeonie i z różnymi uczuciami wstawałam z fotela. Raz było smutno i refleksyjnie, coś zabolało, podłubało palcem w niezagojonym - a raz miło i ciepło jak pod kaszmirowym kocykiem. Gdy zgasły światła po ostatnich słowach Minettiego, po raz pierwszy ogarnął mnie niewyobrażalny żal. Taki ogromny, przejmujący do żywej tkanki ŻAL – o te nadaremno wypastowane znoszone buty, starannie zawiązany krawat i o te ostatnie pieniądze wydane na bilet do Flensburga. Jak można najokrutniej zadrwić z człowieka? – trzeba dać mu Nadzieję... Widzę sękate dłonie równo składające pożółkłe wycinki prasowe i wyciągające codziennie z walizki maskę Króla Leara. Stoi przed nami stary człowiek – kiedyś bogaty, sławny i podziwiany, dziś odrzucony, wypchnięty ze sztuki, wyszydzony. W niesławie odszedł z teatru, ale wciąż ma nadzieję w sławie do niego powrócić – jak szekspirowski Król Lear. Miasto świętuje Nowy Rok, w hotelu rozbrzemiewa skoczna muzyka, za oknem fajerwerki, a Stary Aktor czeka – w tym swoim niemodnym surducie i mankietami na dwa palce, w płaszczu pamiętającym czasy świetności - i nie widzi, że na niego nie czeka nikt. Czy wie, że dyrektor nie przyjdzie? „Ludzie są tylko po to, żeby się wzajemnie wystawiać do wiatru”. Teatr obiecał mu nieśmiertelność, a potem wyrzucił stare afisze do piwnicy. Jeszcze długo po wstaniu z fotela dusi mnie żal. Nie tak miało być.
Po spektaklu już wiem, ze płaszcz Starego Aktora był, owszem, z wielbłądziej wełny, ale bez namniejszych przetarć. Sfatygowaną podszewkę i zdarte buty zobaczyłam w swojej tylko własnej misce. Jeśli teatr to iluzja i hipnoza, to Mistrz Peszek jest genialnie sprawnym iluzjonistą i hipnotyzerem, a ja wyjątkowo podatna na tę iluzję i hipnozę, bo głowę dałabym, że widziałam na scenie przetarte mankiety i czułam zapach naftaliny. Ugrzęzłam między tym, co rzeczywiście było – a tym, co mogłoby być. Wszystkim się zdawało, że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało... ile w tym spektaklu powiedział Minetti, a ile dośpiewało mi echo..?
Tylko najwięksi aktorzy potrafią również otworzyć drzwi do tego, co się wydarzy, gdy już światła na scenie zgasną. Jan Peszek też to potrafi. Gdy byłam dzieckiem i zaczynałam przygodę z czytaniem, nurtowało mnie pytanie, co robi bohater książki w czasie, kiedy jej nie czytam. Co zrobi, jeśli jej nie skończę? Może dam radę powstrzymać złe zakończenie, jeśli nie doczytam do końca? Bo jeśli nie doczytam, to złe się nie wydarzy... Lubię mysleć, że Minetti nie umarł; że zasnął, znieruchomiał na chwilę na krześle, może zemdlał. Że spóźniony dyrektor dotarł na spotkanie i docenił Starego Aktora i jego maskę, czekających na swoją Ostatnią Premierę. Lubię dobre zakończenia. Moja miska i mój księżyc.
Zaraz po spektaklu spotykamy się jeszcze raz w sali recepcyjnej Odeonu. Jan Peszek jest uroczym gawędziarzem i chętnie opowiada o wszystkim: o dzieciach, pracy i o upływie czasu. Starość go nie dotyczy, nie godzi się na nią i uważa, że dopadnie go ona dopiero wtedy, gdy się zatrzyma. Dlatego wciąż pracuje, podróżuje, gra w teatrze, w filmie, uczy młodych aktorów. Ma wrażenie, że dzięki scenie żyje bezkarnie życiem zwielokrotnionym. Doskonale czuje się w klasycznym teatralnym repertuarze i ceni sobie pracę z uznanymi twórcami filmowymi, ale czuje się dzieckiem awangardy – szuka, eksperymentuje, prowokuje. Lubi pracować z reżyserami awangardowymi, którzy idą nieco w poprzek uświęconych tradycją kanonów. Nie boi się dziwności. Lubi absurd i ekstrawagancję, ma rogatą duszę wywrotowca i zamiast podążać wydeptaną ścieżką woli prowokować widza do myślenia. Zresztą uważa, że nieważne, czy forma jest klasyczna czy awangardowa i czy aktor jest błaznem czy filozofem; musi być przede wszystkim skuteczny. To daje mu władzę nad emocjami publiczności. Jeśli uda mu się sprawić, że widz zapomina, że jest w teatrze – jest aktorem skutecznym. Mój żal o wypastowane buty i zapach naftaliny były najlepszym dowodem na doskonałą skuteczność Peszka.
Zgadzam się z tym, co napisał Wojciech Młynarski w jednym ze swoich śpiewanych felietonów pt. Wzorzec – że aktorów polskich wzorzec jest w Krakowie. I mimo że Jan Peszek otwarcie mówi, że woli warszawskie teatry i warszawską publiczność, to słychac, widać, i bez lupy, że jest aktorem na wskroś krakowskim. A jako że takich aktorów nie ma już w ogóle albo jest ich niewielu, to należy natychmiast umieścić Peszka w gablocie, wraz z rogatywką oraz piórkiem – niech służy przyszłym pokoleniom aktorów jako wzorzec, jak w Sèvres pod Paryżem. Miłe Panie i Panowie bardzo mili, tak wygląda Skuteczny Aktor Doskonały. Idźże, idźże, bajoku...
– Basia wychowała sobie publiczność – powiedział niedawno Zbigniew Zamachowski w wywiadzie dla Polonii 24 na temat wrześniowej gali w Klubie. Dodałabym jeszcze, że kolejne już pokolenie publiczności uczy się u Basi, czym jest Kultura Wysoka. Przyszła na spektakl pewna dziewczyna, młoda i śliczna, klubowe secondo, urodzona i wychowana lokalnie. Nazwisko Peszek kojarzyła głównie z Marią-Awarią i netflixowym serialem, a na spektakl przyszła, bo w szkole omawiali dramat Bernharda w oryginalnej, niemieckiej wersji, więc zechciała usłyszeć to z prawdziwej sceny. Przyjechała tylko na spektakl, nie, niestety, na spotkaniu z aktorem nie zostanie, wraca już–teraz–zaraz, pierwszym pociągiem, bo zaczynają się Mistrzostwa Świata, umówiła się ze znajomymi, będą oglądać mecz i kibicować Szwajcarii. Na chwilkę tylko sobie przysiądzie, ale zaraz biegnie na pociąg. Przysiadła. Po pierwszych zdaniach Peszka stwierdziła, że pociąg nie zając i że pojedzie następnym. Potem jeszcze następnym. I następnym.... – Mecz? Jaki mecz?
I na tym właśnie polega magia Peszka i skuteczność jego aktorstwa; że człowiek zapomina o wszystkim i sam nie wie, czy to jeszcze Wojski, czy już echo. Jan Peszek nie boi się trudnych ról – gejów, alkoholików, morderców, zboczeńców. Za największy komplement uznaje to, że ktoś go w tłumie opluje za rolę pedofila - bo to właśnie potwierdza, że jest aktorem skutecznym.
Albo gdy ktoś nabazgrze na plakacie z jego zdjęciem „Pedał”.
Albo to, że ktoś przegapi pociąg. I kolejny pociąg też przegapi. I kolejny...
Izabela Burger
Prezydent Aleksander Kwaśniewski
Inauguracja XXXX sezonu artystycznego.
Jarosław Kurski zaprasza na spotkanie z Prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim.
7 marca 2026

Fot. Marek Szczepański
Aleksander Kwaśniewski na Wikipedii -->

03.10.2017 Warszawa.
Gazeta Wyborcza, Redaktor naczelny Jarosław Kurski.
Fot. Michał Mutor / Agencja Gazeta
Jarosław Kurski na Wikipedii -->
Jarosław Kurski zaprasza na spotkanie z Prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim
Prezydent Aleksander Kwaśniewski: Następcy mi się nie udali.
Gdybym mogła cofnąć czas do połowy lat 90., byłabym dziś pewnie zupełnie kimś innym i zupełnie gdzie indziej. Ale w pierwszych wyborach prezydenckich, w których brałam udział jako pełnoletnia obywatelka zagłosowałabym tak samo: na Europę. Wprawdzie inna ta dzisiejsza Europa niż ją sobie wtedy wyobrażałam, ale i tak nigdzie się z niej nie wybieram.
Jubileuszowy 40. sezon Klubu Miłośników Żywego Słowa rozpoczęliśmy szczególnym spotkaniem. Naszym gościem był Aleksander Kwaśniewski, Prezydent RP w latach 1995-2005, lider i współtwórca Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Nie da się opowiedzieć historii Polski bez rozdziału o Aleksandrze Kwaśniewskim. Gdyby nie mdliło go od zapachu lizolu, byłby dziś pewnie kolejnym lekarzem w rodzinie. Zamiast tego został czarną owcą - jedynym w rodzinie byłym prezydentem. Mimo że po wyborach prezydenckich w 1995 roku Polska przecierała oczy ze zdumienia (Kwaśniewski? Ten były komunista? Prezydentem?), to drugą kadencję swojej prezydentury, która wtedy jeszcze się w Polsce wymyślała, kończył jako jeden z najbardziej lubionych i cenionych polityków w kraju. Wprowadził Polskę do NATO i Unii Europejskiej, jest współautorem Konstytucji i weteranem Okrągłego Stołu. Dla jednych jest symbolem stabilności, kultury politycznej i dialogu ponad podziałami, inni uważają go za aparatczyka, koniunkturalistę, wypominają mu przynależność do PZPR i kontrowersyjną karierę cudownego dziecka w okresie PRL. - Najpierw byłem komunistą, potem byłem postkomunistą, a potem to już nie wiem, kim byłem – mówi o sobie. Wciąż należy do najbardziej rozpoznawalnych na świecie Polaków, choć wycofał się już z polityki i uważa się bardziej za dyplomatę, publicystę i wnikliwego obserwatora współczesnego świata.
Pierwszy gość Klubu, który wszedł na scenę zanim jeszcze Barbara Młynarska zdążyła go zapowiedzieć. Tak zwyczajnie, bez świateł i czerwonych dywanów. Jarosława Kurskiego, prowadzącego spotkanie z Panem Prezydentem, również nie trzeba było przedstawiać – skoro kilka razy wyrwało mu się „U nas w Klubie”, to bardziej już z niego stały bywalec i przyjaciel Klubu niż gość.
Panowie swobodnie zasiedli na scenie i sprawiali wrażenie, jakby spotkanie w Klubie cieszyło ich przynajmniej tak samo, jak Klubowiczów. Ot, pogaduchy starych znajomych przy filiżance kawy – sobotnie popołudnie, bez pośpiechu. - Rozpoczynamy spektakl dwóch dziadersów - uroczo ostrzegł Jarosław Kurski - będziemy się Państwu podlizywać, ale tylko trochę.
Rozmawiają życzliwie i bardzo osobiście. Znają się od lat. Jarosław Kurski przyznaje, że już we wczesnej (bardzo wczesnej!) młodości jego ideałem kobiety i archetypem seksu była druhna Jola. Spokojnie, bez nerwów, to jest dopiero wstęp... Prowadziła wtedy drużynę zuchową, do której należeli obaj bracia Kurscy. Mąż druhny Joli z uśmiechem kwituje – no cóż, sukces wychowawczy odniosła zatem połowiczny...
Rozmowa była o wszystkim. Bez układności, sztywnego trzymania się scenariusza i unikania niewygodnych pytań. Prezydent Kwaśniewski opowiada o swoim wstąpieniu do PZPR, o początkach w polityce i kulisach przemian po roku 1989. Wspomina wielopokoleniowy dom rodzinny w Białogardzie, w którym słuchało się radia Wolna Europa, o korzeniach wileńskich i babci antykomunistce, której słowa, jakimi określała komunistów, nie nadają się do powtórzenia. Nauka przychodziła mu łatwo. - Dobry Bóg dał naszemu tacie rozliczne talenty, w tym również ten do języków. A myśmy oboje go z Olkiem odziedziczyli – mówi mi potem pani Małgorzata, siostra Prezydenta, od lat zamieszkała w Szwajcarii. Prezydent Kwaśniewski języków uczył się szczególnie chętnie i uważa, że ich znajomość leczy z kompleksów i otwiera świat. Po 3 miesiącach pobytu w Szwecji wyjaśniał kolegom po szwedzku zawiłości teorii Marksa. Ponoć zrozumieli. Wspomina swoje pierwsze podróże – zarówno te do demoludów, jak i te za żelazną kurtynę. W 1976 roku (na długo przed AIDS, terroryzmem, Trumpem i resztą katastrof) zakochał się w Ameryce, ale zawsze podróżował z biletem w obie strony. O emigracji nie myślał nigdy. Do dziś chętnie podróżuje, sporą część roku spędza w Szwajcarii.
Prezydent Kwaśniewski dużo mówił o obecnej sytuacji politycznej w Polsce. Nie ukrywał swoich sympatii politycznych ani poparcia udzielonemu swojemu kandydatowi na prezydenta. O swoich poprzednikach na tym stanowisku mówi z szacunkiem; o następcach natomiast – no cóż, nie wszyscy mi się udali. Przeraża go wizja coraz bardziej podzielonej Polski, ale mocno wierzy w wygraną sił postępowych w następnych wyborach. W piłkę nożną grał na lewym skrzydle, strzelał lewą nogą, serce ma po lewej stronie – więc marzy mu się silna Lewica, taka jak ta, której był liderem i współtwórcą.
Obserwuje nie tylko to, co się dzieje w Polsce, analizuje też światową scenę polityczną. W ostatnich latach świat przypomina gigantyczną scenę koncertu życzeń dwóch gigantów - Wielkiej Ameryki i Wielkiej Rosji. Narcyz i Wampir. Jeden rozwrzeszczany i rozkochany w sobie, głodny świateł, podziwu i strachu mediów, grający według ustalanych i dowolnie zmienianych przez siebie zasad. Drugi – pozornie spokojny, zagarniający podstępnie i krok po kroku osaczający upatrzoną ofiarę. Jeden przyciąga uwagę, drugi ją wykorzystuje. Jeden wywołuje chaos, drugi w nim działa. I tak bawią się giganci światem, niszcząc przy tym wszystkie standardy i niepodważalne do tej pory bazy demokracji. Mnie nie wolno? – Mnie??? – To patrz! Ten koncert to nie harmonia – to dysonans. Wciąż jeszcze grają razem – ale jak długo? Historia już pokazała, że taki koncert każdorazowo kończy się wojną światową.
W 1997 roku Prezydent Kwaśniewski przyznał Barbarze Młynarskiej Krzyż Kawalerski – za zasługi dla kultury polskiej. Z tej okazji dostała również wierszowane gratulacje od brata Wojciecha:
Basiu! Koncept mnie goni niczym rumak ułański
Że działać dla Polonii to jest często Krzyż Pański.
Ślę Ci więc na odległość dumny uścisk braterski
Że oto do Pańskiego dochodzi Kawalerski!
Od tamtej pory minęło prawie 30 lat; końca tego Krzyża Pańskiego – Bogu dzięki! - nie widać, życzymy zatem kolejnego Kawalerskiego na osłodę. Jak już będzie normalnie, jak już wreszcie uda się Kwaśniewskiemu któryś z jego następców. Zawirował cały świat, będziemy...
W Klubie nie ma polityki. Klub nie jest po to, żeby polaryzować czy rozliczać z sympatii politycznych. Niech się gdzie indziej biorą za łby, agitują i debatują. Zaśpiewało mi w głowie Młynarskim o śledziu w śmietanie – że przecież Jeszcze na szczęście prócz polityki jest kilka innych spraw... Klub jest po to, żeby pokazać, że za największym nawet nazwiskiem z tytułami stoi Człowiek, mniej lub bardziej sympatyczny. W przypadku Aleksandra Kwaśniewskiego – zdecydowanie bardziej. Erudyta z ogromną wiedzą o świecie i niezwykłą klasą, która nie przytłacza, a przyciąga. Jeśli ktokolwiek na polskiej scenie politycznej zasługuje na miano rasowego męża stanu, to jest to przede wszystkim Aleksander Kwaśniewski.
- A rasa szła przed nim, i za nim, i obok niego, i kładła mu się na piersi jak wierny pies – podsumowała spotkanie Kierowniczka Klubu słowami Magdaleny Samozwaniec.
- Przeszliśmy do historii! – powiedział Jarosław Kurski na pożegnanie z Klubem. A nie mówiłam? - My - czyli Klub!
Izabela Burger








































